Portrecista

Dusznym wieczorem na poznańskiej stacji kolejowej. Pod północnym dachem, na przydrożnej ławce siedział długi jak tyczka człowiek. Czytelnik wieczór ten może wyobrazić sobie w jeden sposób, bezwietrzny i o gradiencie czerwieni, pomarańczy i różu na niebie zanikającego słońca. Niebo to podzielone liniami trakcji kolejowej, poszarpane kilkoma zbędnymi dla obrazka obłokami, majaczy w niezmierzonej dali od ławki, na której siedział nasz bohater. Pan ten o niekorpulentnej budowie ciała, niedowadze wręcz, siedział zadumany. Na pociągłej twarzy odznaczał się wąs, czarny i gruby, w rodzaju tych od ucha do ucha. Nos miał duży, niezgrabny, nazbyt pociągnięty w dół, zdradzający jego pochodzenie, o którym pozwolę sobie nie wspomnieć. Oko bystre, lecz zamglone od ciężkości powietrza, a na dnie jego dużo mógłby wyczytać człowiek, który zdolny jest by czytać z oczu drugiego człowieka.
Nogę lewą założył na prawą i siedząc w bezruchu, obserwował jak niebo zmienia kształty i przyjmuje posłanie nocy.
Od wschodniej strony nadciągał drugi arcyciekawy jegomość, którego fizjonomia jeszcze bardziej przyciągała oko widza. Ten zaś, blondyn o filigranowej budowie ciała, bez jednego mięśnia, o skórze mlecznej i naznaczonej uporczywym słońcem, w postaci czerwonych plamek. Na nosie, mocno wbudowanym w całość portretowej czaszki, jaką lubią początkujący artyści malować, widniały okulary. Szedł on krokiem spokojnym, leniwym wręcz i na twarzy miał grymas przesadny. Może dotyczył on ogólnego braku powietrza, a może spostrzegł, że nie jest sam w okolicy.
Podszedł on jednak do ławki, dość nieśmiało jak na człowieka o tak pewnej siebie postawie.
– Pan tu czeka na pociąg, ma się rozumieć? Czy ja mogę się dosiąść?
Wąsaty mężczyzna jakby ocknął się ze snu, spojrzał w kierunku nadciągającego głosu i zawiesił na nim swój wzrok bezmyślnie by po chwili odpowiedzieć.
– Proszę, proszę, niech się pan nie krępuje. Tu by się i dziesięciu takich jak my zmieściło. O tu proszę usiąść. – Wskazał mu dokładnie miejsce po przeciwnej stronie ławki, jakby wyznaczając granicę, której ten drugi nie powinien przekraczać.
– Dziękuję panu. Bardzo dziś nieświeże powietrze, nie sądzi pan? Dokąd się pan wybiera? – usiadłszy tylko zapytał.
– Ależ skąd, ja nigdzie dziś nie wyruszam. Mieszkam tu, niedaleko, na Marszałkowskiej. Bardzo dziś ładny zachód słońca, a stąd dobrze widać bo zabudowań nie ma. Teraz wszędzie budują te bloki i gdzie człowiek nie wejdzie, tam tylko beton i jeszcze więcej betonu. Tutaj i trochę drzew i krajobraz jak na dzikim zachodzie. Kolej żelazna też jest. Tak mi się to kojarzy.
– Widzę, że z pana marzyciel i docenić urok chwili pan potrafi. Czy pan aby nie artysta?
– Ależ skąd, w piekarni pracuję. Chleb rozwożę, więc rannym ptaszkiem jestem. Wieczory mam wolne i do sztuki w tym daleko, sam pan rozumie.
– Duszę pan za to artysty skrywa. W piersi pana serce takie bije, że od razu słychać iż rwie się do zachodów i wschodów, byle tylko moment odpowiedni uchwycić.
– Może i trochę ma pan racji. Byłem młodszy to i malować lubiłem. Potem już czasu nie było. Szkołę porzuciłem, chociaż aspirowałem do plastycznej klasy. Nic z tego, pieniędzy nie było, a o dzieci wcześnie się wystarałem. I tak chleb zacząłem rozwozić, a zachody tylko dla przyjemności oglądam.
W tym miejscu należy wspomnieć, że bohaterowie nasi liczą nie więcej jak lat trzydzieści.
– Otóż to, od razu wyczułem. Jak pana nazywają?
– Teodor, Teodor Witold Pasikowski.
– Bardzo mi miło, moje imię zna pan na pewno. Nie pierwszy raz mnie pan widzi.
Cień zakłopotania wystąpił na twarzy Teodora. Złapał się za brodę i po chwili zorientował się, że ruch ten był zupełnie nienaturalny i nie w jego stylu. Jednak blondyna za żadne skarby rozpoznać nie mógł.
– Przykro mi, lecz drogi panie, nie mogę sobie jakoś przypomnieć bym pana wcześniej spotkał.
– Oczywiście żartuję. – przenikliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy lecz po chwili spoważniał. – Nazywam się Tomasz. Tomasz Hercyński. Do usług.
– Bardzo mi miło panie Tomaszu, pana poznać, czy pan się dokądś wybiera?
– Właściwie donikąd. Miałem jechać do Wiednia, nocnym pociągiem, lecz tak dobrze mi się z panem mówi, że chyba odłożę podróż na jutro! – odrzekł ukontentowany blondyn.
– Bardzo mi przyjemnie, jednak ja zaraz będę szedł. Późno się robi, słońce już nisko. Rodzina czeka z kolacją. Sam pan rozumie.
– Ależ ja doskonale rozumiem panie Teodorze. Cóż zatem dziś będzie na kolację?
Teodor ponownie spojrzał tępo na swojego rozmówcę i zamyślił się na chwilę. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ten człowiek zna go dobrze. Skąd tylko, tego nie mógł wiedzieć.
– Drogi panie wieczerzamy zawsze skromnie. Serem i chlebem się dzielimy, a i imbryczek herbaty do tego. Żona parzy jaśmin i zalewa czajem. Aromat w całym domu, aż do poduszki i ostatniego mrugnięcia.
Tomasz klasnął w dłonie.
– Och pięknie, pięknie! Ruszajmy więc póki mamy resztki światła dziennego bo niebawem dościgną nas ponure światła latarń!
Wziął raptownie swojego gościa pod pachę i ruszyli oboje pewnym krokiem w kierunku wyjścia ze stacji. Po chwili przepadli.

Słońce faktycznie gasło już za linią drzew rzucając ostatni połysk na szereg szyn kolejowych. Powietrze trochę ostygło, lecz gęstniało wciąż i noc zapowiadała się cicha, spokojna. Taka noc miała zapaść nad całym Poznaniem. Może jedynie z małym wyjątkiem. Do domu państwa Pasikowskich zbliżał się gość dziwny i niecodzienny.

2 uwagi do wpisu “Portrecista

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s