Tajemnica

Wyruszyłem w podróż w nieznane i stałem się zagubionych dzieckiem, które w rozpaczy krztusi się i dusi, czerwienieje i puchnie, krzycząc i ujadając. To dziecko w końcu spokojnieje, gasi się w nim rozpacz, tłumi nadwyrężoną krtań i siada.
Tak i ja usiadłem na rozstaju dróg, pomiędzy dwoma światami, chociaż nie jestem pewny czy nie było ich więcej. Powtarzając mantrę, że wszystko będzie dobrze, oczy moje błądziły po nieznajomych twarzach. Nie czułem wstydu czy żalu, a raczej pustkę, odwieczną, bezdenną przepaść rozdzierającą ziemię pod stopami.
Przecierałem szlaki i wiedziałem, że moja droga niczyich stóp jeszcze nie doświadczyła. Gdy zabrakło chętnych by nią podążać, szlaki się rozmyły, droga zatarła, a ja nie miałem już powrotu. Nie wróciłbym i tak. Byłem dumny i nieugięty, dopóki nie poczułem w sobie dziecka. To jednak stało się o wiele później. Mrugając, tak jak klatki w filmie zmieniają częstotliwość światła, tak moje oczy zaczęły doświadczać wielości światów. Raz widziałem asfaltowe drogi, długie po horyzont, szerokie jak oceany. Za drugim mrugnięciem przenosiłem się do dziewiczych lasów, gdzie intensywność zieleni goi wszystkie rany. Tętniło tam życie, tak odległe od ludzi i ich zachcianek. Przy trzecim mrugnięciu znalazłem się na posadzce wielkiej hali. Tłumy ludzi maszerowały w przeciwnych kierunkach. Stukot obcasów, szelest siatek, bzyczenie lamp. Płytki były zimne, a ja rozłożyłem na nich dłonie i ujrzałem swój portret. Portret człowieka zmęczonego i śniącego, z błyskiem dziecka w oku i malinowym meszkiem na policzkach.
Zanurzyłem się w tym odbiciu jak ryba w wodzie i odpłynąłem w dalszą część swojej przygody. Po drugiej stronie zwierciadła zrobiło mi się ciepło. Zbliżając się do wnętrza Ziemi, otulony przez warstwy ciepłego kamienia, wód i piasku, czułem bliskość wszystkiego co zostało stworzone. Panowała tam ciemność tak intensywna, że ludzkie słowa niezdolne będą jej opisać przez tysiące lat. Ciemność, którą najlepiej porównać do nieskończonej tajemnicy. Tę tajemnicę dźwigałem ze sobą wspinając się na góry i przemierzając morza na pokładach statków.
Mijały lata, a ja wciąż słyszałem te dźwięki, które towarzyszyły bezradnemu dziecku. Dorosłem już do swych lat i poznałem szczęście. Moja podróż trwała długo i nie była bezbolesna. Wiele miejsc, odległych już dziś niesie ze sobą uczucie trwałości i intensywnej chęci złączenia się z nimi. Tak wielokrotnie opuszczałem miejsca, z których nie chciałem odchodzić. Miejsca stające się częścią mnie i drzemiącego w moich oczach dziecka. Dziś była pełnia, wdrapałem się na najwyższy dostępny moim stopom punkt i stamtąd wymieniałem spojrzenia z jasną stroną księżyca. Mieliśmy sobie wiele do opowiedzenia. Zbliża się północ, a ja muszę wyruszać w drogę, bo gdzieś tam, ktoś szuka swojego dziecka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s