Dom Twój, tam gdzie serce Twoje?

Wracałem do domu. Dom już się utarł za granicą i tak pozostało do odwołania. Samolot uniósł się w powietrze i po niespełna dwóch godzinach wylądował na wyspie.
Z bagażami dotarłem do kontroli paszportowej, gdzie panował nadzwyczajny ruch.
Linia ludzi, ubranych w ciemnoniebieskie uniformy stanęła jak ściana oddzielająca inny wymiar życia lotniska od świata zewnętrznego. Spostrzegłem, że wśród ludzi panuje zamieszanie i większość podnosi głosy. Nie mogłem nic z tego zrozumieć, bo wszystkie mieszały się ze sobą. Ustawiłem się w kolejce, trzymając swój bordowy paszport z ukoronowanym orłem w dłoni. Z upływem każdej minuty narastał we mnie stres, przeczucie jakiegoś zgubnego wydarzenia. Rozglądałem się. Ludzie w uniformach mieli spojrzenia złe, złowrogie, złowróżebne wręcz. Musiałem uporać się z lękiem i głębokim oddechem odzyskałem poczucie miejsca i czasu. Kolejka posuwała się do przodu, a ludzie ustawiali się w przedziwne grupy. Jakiś korytarz prowadził do niewiadomego miejsca. Ludzie skierowani tam byli zatroskani, przejęci. Wszystko to czuć można było w lotniskowym powietrzu.
Doszedłszy do końca kolejki, podałem paszport kobiecie w mundurze. Spojrzała jedynie na orła, po czym krótko i zwięźle skierowała mnie do smętnego korytarza. Chciałem zapytać o co chodzi, co tu się właściwie wyprawia. Powiedzieć, że spieszę się na autobus do domu, do Oxfordu. Zrozumiałem jednak, że ci ludzie tutaj nie odpowiadają. Mają jasne i proste zadanie. Rozdzielać ludzi w dwie strony. Zabrałem więc paszport i ruszyłem korytarzem. Postarałem się uniknąć zatroskania na twarzy idąc jasno oświetlonym tunelem. Na końcu czekała mnie wielka sala, zamieniona w coś na obraz obozu koczowników z walizkami, torbami i siatkami. Mieszanka ludzi z całego świata zebrała się w tej podniosłej sali i większość z nich rozmawiała ze sobą, unosili się. Inni milczeli, wyglądali przez okno na płytę lotniska, lądowania wielkich maszyn.
Skierowałem się w miejsce gdzie udzielano informacji. Taki prosty napis mieścił się nad rzędem ludzi ustawionych w kolejce. Rozładował mi się telefon, więc nie mogłem zadzwonić do przyjaciół, nie mogłem posilić się informacją z internetu.
Czy może jakaś przerażająca tragedia wydarzyła się tu w trakcie mojej nieobecności. Jakiś zamach miał miejsce na lotnisku, tym bądź innym. Stanąłem więc w kolejce i zabrakło mi odwagi by zagadnąć osobę stojącą przede mną. Kobietę z wózkiem i ogromną, czarną walizką. Wciąż mogłem wyobrazić sobie, że w tej walizce przemyca swojego kochanka z Ekwadoru. Uśmiechnąłem się na myśl o ściśniętym wewnątrz jegomościu, klnącym w duszy swoją podróż.
Kiedy kobieta doszła do szklanego okienka z mikrofonem i zaczęła rozmawiać z panem po drugiej stronie szyby, zrozumiałem co się stało. Nie potrzebowałem żadnych dodatkowych informacji. Deszcz łez i bezsilności spłynęły na biały kontuar. Widziałem strach i namiętność tej kobiety i wszystko poza nią zniknęło. Świat zawisł nad przepaścią i lada moment miał runąć w bezkres, nieznany i ciemny, dotkliwie przerażający.

Nie mam już domu w Oxfordzie. Nikt nie odpowie mi gdzie podziały się moje książki, mój parapet i pianino w kącie, którego klawisze wymagały czułości. Mój dom nie miał już okien i widoku na ulicę, szum samochodów na drodze za długim mostem nad rzeką Tamizą miał już nigdy nie być szumem, który słyszę ze swojego domu. Czy nigdy? Tego wówczas nie wiedziałem. Wiedziałem jedynie, że teraz nad przepaścią stanęła cała sala tego lotniska, a kolejnych katastrof przybywało i były też gdzie indziej.
Zamknięto granice. Dlaczego? Świat się zmienił, z dnia na dzień. Taką ma tendencję, tak jest i już. Tak już było, a to, że było dowodzi tylko temu, że znów być może, bo dlaczego nie? Czy byliśmy wszyscy tym ludem, który skazany został teraz na poszukiwanie swojej ziemi obiecanej? Jeśli tak to gdzie ona jest? Czy to miejsce w ogóle ma prawo istnieć na świecie, gdzie istnieją granice tak martwe i żywe zarazem. Musiałem wyrzucić swoją wiarę z bagażu niemalże natychmiast i tak stawić czoła faktom.
Ludzie zadecydowali, wcześniej rozmawiali i dyskutowali. W końcu nastąpiło milczenie. To milczenie było zgubą. Milczenie zawsze zwiastuje zgubę, jest okresem przejściowym i prowadzi do potępienia. Wyrzuciłem wiarę z bagażu i z resztką nadziei gotową do dalszej drogi ruszyłem na samolot w poszukiwaniu nowego domu.

10 uwag do wpisu “Dom Twój, tam gdzie serce Twoje?

  1. To bardzo przykre. Ale nie porzucaj nadziei, odkryj ją ciepłym kocykiem i pielęgnuj. Wierzę, że ta sytuacja to po prostu pierwszy krok na nowej drodze, teraz pozostaje sprawdzić, co na niej czeka.

    Polubienie

      1. Piszesz o emocjach, które trudne do zrozumienia są tym mieszkającym z dala od dróg, którymi każdego dnia wędrują tacy jak my 🙂 Powrotu do domu… szukanie odpowiedzi. Drzewa, które przesadzone z leśnej szkółki mają znaleźć nowe miejsce gdzie umrą stojąc. Już nie tam, jeszcze nie tu, a pomiędzy.

        Polubienie

      2. Bardzo pięknie powiedziane. To prawda, sporo w tym naiwności. Niech jednak te drzewa, gdziekolwiek wypuszczą swoje korzenie, znają swoją wartość i wypuszczają zdrowe listki. Z dnia na dzień nowsze. Zanim umrą, stojąc.

        Polubienie

      3. Świadomość swojej wartości narasta latami, niczym kora chroniąca miąższ przed zniszczeniem, zielone listki oznaką zdrowia, a coraz głębiej zapuszczane korzenie to i odległość od macierzy i siła determinacji z jaką zdobywamy nowy ląd. No ładnie, ładnie.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s