Jeden

Zajrzała do starej szafy, gdzie trzymała swoje sukienki. Było ich tyle, że przez okrągły rok, co dzień mogłaby nosić inną. Zrzuciła szlafrok na podłogę i spojrzała w lustro.
Nigdy się sobie nie podobała. Kolana tak dziwnie się układały, obojczyki nazbyt wystające, piersi za małe, brzuch za duży i pępek za głęboki. Lubiła swoja włosy, zarzuciła je teraz na przód i w ten sposób zakryły jej twarz. Nie widziała się więcej w lustrze.
Podeszła do szafy i wyciągnęła pierwszą sukienkę. Zwiewną, granatową w białe groszki. Założyła ją sprawnie, jedną ręką zapięła zamek z tyłu i podeszła do lustra. Patrzyła i patrzyła, w końcu zdjęła sukienkę i przewiesiła przez ramę łóżka, które stało tuż obok szafy. Wzięła następną, wieczorową suknię w kolorze czerwieni. Założyła ją. Ta suknia odsłaniała plecy, położyła się na jej zgrabnej sylwetce. Znów spojrzała w lustro i w skupieniu obserwowała. W końcu zdjęła i tę suknię, wyjęła kolejną, niebieską, prostą wiosenną sukienkę. Ta miała głęboki dekolt i dwanaście guzików z tyłu. Zapięła wszystkie i patrzyła na siebie przez chwilę. W końcu kucnęła, jedną dłoń oparła na podłodze i łzy poleciały ciurkiem z jej oczu.
Przenikająca przez ściany bezradność jej łez wypełniła cały dom. Dom wypełniony wilgocią i smutkiem. Usiadła na podłodze i szlochała. Gdyby ją ujrzeć w tej pozycji, ubraną w błękitną sukienkę, jej mlecznobiałą skórę i zmęczone oczy, można by pomyśleć, że to jeden z tych biblijnych upadłych aniołów. W końcu sięgnęła po chusteczkę, odślimaczyła nos, zdjęła sukienkę i na powrót założyła szlafrok.
Wzięła ciepły prysznic, ubrała czerwony sweterek i jasne dżinsy, zeszła na dół i przygotowała owsiankę. Dłonie trochę jej się trzęsły, a łyżeczka pełna brązowego cukru upadła na podłogę. Ziarenka rozsypały się na wszystkie strony jak fragmenty szkła z pękniętego kubka. Zamiotła je niedbale i usiadła do stołu by zjeść owsiankę. Zobaczyła jak słońce wdziera się do salonu przez duże okno, a poświąteczna girlanda rzuca wiele odbić na ścianach pokoju. Wciąż chciało jej się płakać, a owsianka zupełnie jej nie smakowała. Postanowiła wyjść na spacer. Pomyślała, że może świeże powietrze dobrze jej zrobi. Założyła buty i kurtkę, zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w kierunku rzeki. Myślała o tym jakby to było gdyby nie miała tych wszystkich problemów, które ma. O ile życie byłoby przyjemniejsze i łatwiejsze. Zastanawiała się czy to w ogóle możliwe żeby życie było łatwiejsze. Żeby życie było jak rzeka, po prostu. Do butów poprzylepiały się mokre liście, a do nosa wpadł zapach zbliżającej wiosny. Gdzieś popełnia błąd, albo popełniła taki, którego już odkręcić się nie da. Być może skazana jest na to jaka jest. Myślała, że może nadzieja nie istnieje. Minęła mostek, a za nim dojrzała kościół. Pomyślała o Bogu. Rodzice ją ochrzcili kiedy była jeszcze mała. To już trzydzieści lat od tego dnia. Pomyślała kiedy ostatni raz była w kościele. Ta myśl została z nią na dłużej, stała jednak przez ten czas w miejscu i patrzyła na rzekę wpływającą pod most. Małe wiry na wodzie i cień drewnianych belek mieniący się promykami słońca. Siedem lat, to dość długo. Pomyślała co by się stało gdyby weszła teraz do kościoła i postanowiła się pomodlić. Jak to się robi, jakie są słowa, czym właściwie jest modlitwa. Zgubiła się w tym wszystkim, a strach przejął jej ciało. Po chwili jednak uczucie odeszło. Słońce padło na jej twarz, oślepiło trochę. Zmrużyła oczy i jej różowa linia ust wykrzywiła się lekko w coś co przypominać mogło uśmiech.
Po chwili była za mostem i nie wiedząc co robi zmierzała w kierunku kościoła. Ten był malutki i stary. Stanęła pod wejściem, poczuła zapach spalanej świecy. Poczuła znany sobie niepokój, wibrujący w brzuchu strach. Ciężki, zimny uścisk w mostku i łzy znów pociekły jej po twarzy. Myślała jakim absurdem jest strach przed tym miejscem. Odważyła się w końcu, pchnęła ciężkie lite drzwi i po chwili była wewnątrz.

Jedynie kilka świec rzucało blask na wnętrze kościoła. Ledwo widzialne obrazy wisiały na ścianach. Wąskie przejście do nisko zawieszonego ołtarza pomiędzy nawami pokrywał stary, zużyty dywanik. Pachniało olejem, parafiną i kadzidłem. Poczuła lekką ulgę, gdyż wnętrze wypełniał spokój. Rzeka przestała szumieć, słońce oślepiać, a cisza jaka wisiała w powietrzu wypełniła szczelnie jej uszy. Słyszała tu własne myśli. Przez chwilę słyszała je tak głośno, że obróciła się w kierunku wejścia myśląc, że ktoś do niej mówi. Była tam jednak sama. Czuła obecność kogoś innego. Czuła, że jest obserwowana, lecz nie w sposób krępujący. Wybrała lewą nawę, wcisnęła się pomiędzy klęcznik a ławeczkę i usiadła. Zawiesiła wzrok na płomieniu świecy. Robiło jej się ciepło. Widziała jak topiąca się parafina skapuje na pościel z piasku wokół ronda u podnóża świecy. Na ołtarzu stał kielich przykryty białym materiałem. Obok nich mównica i trzy krzesła, zupełnie nieprzypominające tronów. Pomyślała, że spróbuje się pomodlić, wnet jednak zrozumiała absurd sytuacji, w której nie znała żadnej modlitwy. Żadnych słów nie pamiętała. Nie wiedziała czy może improwizować. Nie miała wyjścia. Skupiła więc myśli i zaczęła od początku. Nie było to lekkie, wokół niej pojawiało się wiele niesfornych, natarczywych problemów. Traciła koncentrację i wracała na miejsce. Walczyła tak, aż w końcu udało jej się całkowicie uspokoić. Modliła się. Prowadziła wewnętrzną rozmowę. Nie mogła się nadziwić w tym samym momencie, że to w ogóle możliwe. Było jednak, działo się. Kiedy skończyła, podziękowała głośno. Uśmiechnęła się. Wyszła i słońce oblało ją promieniem, rzeka zaszumiała. Wróciła do domu i poczuła, że porusza się w zupełnie inny sposób. Zauważyła drobne zmiany, które bardzo ją zadziwiły. Nie zrozumiała ich z początku. Wróciwszy do domu, udała się na górę i przymierzyła jeszcze jedną sukienkę. Suknię babci. Nigdy jej nie nosiła, babcia była szczupła i drobna. Na starych fotografiach przypominała księżniczkę z bajki. Dotychczas nie czuła się godna tej sukni. Przełożyła cienki, koronkowy materiał przez szyję, suknia położyła się na niej. Z lekkim oporem spojrzała w lustro. Coś zmieniło się w jej oczach. Widziała tę samą dziewczynę, której widoku nie znosiła, a który teraz sprawiał jej przyjemność. Rozpromieniła się, zdjęła sukienkę, odwiesiła ją i zamknęła szafę.
Trzy uprzednio wyciągnięte zostały. Ubierze je niedługo.
Wyjrzała przez okno i głośno podziękowała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s