Wiewiórki

Wybrałem się na spacer do lasu, w którym żyją wiewiórki. Znam ludzi, którzy nie wierzą w wiewiórki i myślą, że to małe koty, dlatego potwierdzam, że one są i żyją w lesie niedaleko mojego domu. Wiewiórki żyją już nawet w miastach. Wystarczy, że rośnie kilka drzew i bach, wiewiórka znajdzie sobie dom.

Do lasu mam niedaleko, pół godziny i jestem u jego wrót. Muszę przejść przez most, potem kolejny most i jeszcze raz przejść przez most. Długa prosta, pod mostem i mogę cieszyć się prawdziwym miejskim płucem. W lesie rosną drzewa. Jak to w lesie, rośnie ich dużo, las jest gęsty. Poza drzewami rosną paprocie i różne małe badyle wychylają się spod grubej warstwy gnijących liści. Nie mogłem dostrzec żadnej wiewiórki.
Spacerowałem tak dobre dwie godziny, myślę, że obszedłem las dookoła i nie dostrzegłem ani jednej. Było dość ciepło, jasno, a ja byłem cicho. Powinienem spotkać już co najmniej pięć wiewiórek, a tych ani widu ani słychu.
Wtedy naszła mnie dziwna myśl i nieme, tępe uczucie przepuściło nieprzyjemny prąd przez moje ciało. Odkąd wszedłem do lasu nie usłyszałem ani jednego ptaka. Las był niemy. Stanąłem w miejscu i nasłuchiwałem, nic. Żaden listek nie drgnął. Wąchałem wilgotną woń ciepłej ściółki i nadziwić się nie mogłem jaka cisza zapanowała między drzewami. Rozglądałem się na wszystkie strony, widziałem strzępki nieba pomiędzy igiełkami sosny. Widziałem łyse jak kolano buki i niedoścignione dęby. Świerki majaczyły mi przed oczami. Potulne olchy i zawstydzone lipy. Wszystko było na swoim miejscu, za wyjątkiem zwierząt. Te przepadły jak kamień w wodę. Stałem i wyglądałem jak idiota, dobrze wiem, że za takiego bym uszedł gdyby mnie ktoś wówczas zobaczył. Gęba otwarta jakbym polował na muchy. Oczy wybałuszone jakbym chciał zobaczyć swoje uszy. Ręce złączone za plecami jak ktoś z zaburzeniem błędnika. Stałem i nic.
W końcu szelest nieopodal przełamał tę dziwaczną monotonię. Odwróciłem się w kierunku zarośli, gdzie złamany pieniek porastał grubym, zielonym mchem. Zza owego pieńka, wolno wyłonił się człowieczek. Otyły, ubrany w zielony skafander, na głowie miał myśliwską czapkę, a przez ramię przewieszoną strzelbę. Oniemiały stałem i patrzyłem jak setki maleńkich skalpów zwisa u jego pasa. Wszystkie należały do wiewiórek.

– Co pan tu do cholery wyprawia? – zapytałem i nie mogłem powstrzymać oburzenia.

– Poluję na wiewiórki, a pan? – odpowiedział nie zwracając na mnie uwagi. Oczy skupił na binoklach, przez które rozglądał się na wszystkie strony.

– Jak pan może polować na wiewiórki? Nie można polować na wiewiórki. Czy pan oszalał? – stałem z tym samym wyrazem twarzy co wcześniej, jednak zaczęła narastać we mnie niepohamowana złość. Złość, której źródło dobrze się zna, a która chcąc wybuchnąć co prędko, musi być trzymana w ryzach do ostatniej chwili.

– Nie, a pan nie oszalał? Mogę polować na co mi się tylko chce. – parsknął.

Nie wytrzymałem, jednym susem podskoczyłem do grubasa i zdzieliłem go w twarz. Dłoń moja jak młot zabolała jednak. W międzyczasie łotr zdążył się połapać co się dzieje, odzyskał werwę, sięgnął po strzelbę i wypalił.

Huk mnie obudził.
Od tamtej pory nie widziałem ani jednej wiewiórki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s