Merkuriada

Dwunastego listopada rozbolała mnie wątroba. Powszechnie wiadomo, że najlepszym lekarstwem na wątrobę jest mętna, zakrapiana spirytusem woda pigwowa. Zajrzałem do spiżarni i ku mojemu zdziwieniu nie znalazłem tam nic poza stertą przegniłych kartofli, kolonią szczurów i przytłaczającą wonią stęchlizny. Ostatecznie podjąłem decyzję o wyjściu do miasta i zahaczeniu o pierwszy napotkany bar, gdzie odpowiednią dawką rozcieńczanych ekstraktów alkoholowych, uśmierzę swoje ludzkie vanitas.
Ubrałem się ciepło i szczelnie, bo pogoda w tych dniach bywa kapryśna. Termometr za oknem od dwóch lat wskazuje tę samą temperaturę dwudziestu trzech stopni Celcjusza i siedemdziesięciu trzech Fahrenheita. Pamiętam to lato jak dziś. Dwie głębokie zmarszczki pokryły mi czoło, policzki nieco się zapadły, a skóra wyblakła. Zawsze kiedy spoglądam tam za okno, hen na obdarte z dachówek szkielety sąsiednich domów, dopada mnie zimna jak lód nostalgia. Zapiąłem palto i zamknąłem skrzypiące drzwi domu. Na ulicach było pusto. Zbite w gęste snopy światła latarń, jakby poddawały się wszechogarniającej, wieczornej mgle. Okrągły budynek, w którym mieściła się speluna Kolebka, oblepiony był od zawsze plakatami. Budynek jakby odstręczony od sąsiednich, stał na ścieżce prowadzącej do doków. Smród ryb ciągnął się aż do pasażu na końcu ulicy, gdzie sprzedawano bogato zdobioną galanterię. Co ciekawe, w Kolebce można było spotkać nie tylko okolicznych pijaków. Miejsce to stało się stałym punktem na mapie włóczęgów z południa i jeszcze dalszych regionów.
Wszedłem do środka, gdzie śmierdziało wódą i syropem klonowym. Zerwałem się do baru i zamówiłem kieliszek oceanicznej wody bosmańskiej. Rozejrzałem się dookoła, wnętrze pełne było mętów wszelkiej maści. Dojrzałem wolny stolik w pobliżu zabitego dechami okna. Ponure światło niosło się po całym pomieszczeniu. Panował półmrok, a pijackie oczy odbitym światłem rozświetlały plugawe czeluście Kolebki.
Usiadłem, rozprostowałem nogi i już po chwili zorientowałem się, że nie siedzę przy stoliku sam. Za filarem siedział tęgi mężczyzna, którego nijak nie mogłem wcześniej dojrzeć. Gęsty wąs zakrywał mu usta, a oblepiony był miodem, który skapywał mu na spodnie. Mężczyzna wyglądał na jednego z podróżnych, którzy zahaczają o tę zapomnianą, nadmorską mieścinę tylko i wyłącznie z przypadku. Podniósł swoją ciężką głowę i tłumionym basem zapytał skąd się tu wziąłem.
Pokrótce wyjaśniłem mu, że mieszkam nieopodal i przysnuło mnie tu nic innego jak chęć leczenia smutku. Pokiwał głową, a zza grubego kołnierza wypadł mu śnieg.
Odwdzięczyłem się pytaniem o cel jego wizyty w Pinware.

– Zdobywam szczyty świata synku. Te najwyższe, najtrudniejsze, niezdobyte, niepodbite. Denali, Aconcagua, Sagaramatha… Mam za sobą wiele podejść i jeszcze więcej zejść. Piękna sprawa, powiadam ci młody człowieku. Tutaj przygnało mnie morze.

– Jak to jest tam na górze? – zapytałem, nie kryjąc zaciekawienia.

– Cholernie zimno, a co myślałeś? Musisz być szczelnie ubrany, więc pocisz się cały jak podniecona świnia. Po dziesięciu tysiącach stóp jest już tak zimno, że zamarzają ci jaja. Ty idziesz dalej. Nic nie widzisz bo płaty śniegu wielkości talerzy bombardują twarz. Bierzesz wdech i orientujesz się, że zebrałeś dziesiątą część tego tlenu co jest na dole. Bierzesz więc dziewięć kolejnych wdechów i w gardle rośnie sopel. Wtedy podnosisz wzrok, szukasz punktu, który jest twoim celem. Oczywiście nic nie widzisz. Zaczynasz wątpić czy się uda, czy przeżyjesz zbliżającą się noc. Stanąłeś w miejscu, a śnieg zasypuje już kolana. Nie ma czasu do namysłu, więc idziesz dalej. Potem wspinasz się po śliskich ścianach. Kiedy spojrzysz w dół, widzisz jak drobne kamienie rozłupują się na półkach skalnych położonych niżej. Wyobrażasz sobie, że lecisz jak taki kamień. Bierzesz nogi za pas i wdrapujesz się na szczyt. Potem jesteś jego panem. Przez chwilę dopóki nie odmarznie ci dupa, siedzisz wyżej niż wszyscy królowie świata razem wzięci. Możesz dotknąć nieba, skosztować powabnych chmur. Możesz spojrzeć na wszystkie strony i pomyśleć, że świat jest mały. Tam na górze jest mały, a życie nikłe i pojedyncze. Tam na górze jesteś jak zapałka, która bez pomocy dłoni nie oprze się przed wiatrem. Potem schodzisz i wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar.

Słuchałem go i gęba sama wykrzywiała mi się w uśmiechu. Mówił ot tak, lekko jak oddychał. Z wielką przyjemnością wysączyłem swój kieliszek w jego towarzystwie. W końcu wstał i odszedł. Zniknął za drzwiami i nigdy więcej go nie widziałem. Dziwny człowiek z arkuszem śniegu za kołnierzem.

Mgła opadła już nisko tworząc puchową osnowę wokół nóg. Stare, rybackie chaty skrzypiały pod naporem nocnej bryzy. Wyjrzałem za okno by obejrzeć senne miasteczko pod naporem pochmurnego nieba. Nie było gwiazd, a błyski na zachodnim skrawku nieprzeniknionej czerni zwiastowały burzę.

3 uwagi do wpisu “Merkuriada

  1. Dzieki za ten tekst, ktory jest jak skok w sam srodek klimatycznej powiesci 🙂

    Mezczyzna wspina sie na gory i zastanawia sie, czy da rade, a dla wielu ludzi problemy dnia codziennego wydaja sie takimi wlasnie gorami nie do zdobycia. Czyzby czlowiek byl w jakis sposob uzalezniony od trudow?

    Polubienie

    1. Dziekuje, milo mi czytac takie slowa.

      Dobrze to nazwalas. Mysle, ze czlowiek jest zmuszony do trudow, jesli chce sie rozwijac. Szczyt jest zawsze tylko symbolicznym zwienczeniem. Wisienka na torcie. Najwiecej doswiadczenia zdobywamy po drodze. Takze tej na dole, w cieniu codziennosci.

      Polubienie

Odpowiedz na Rozczulniony Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s