Opowiadanie podróżnika cz. 1.

Podróżowałem przez pustkowia gór Sierra Nevada. Od tygodnia błąkałem się tak bez większych komfortów. Plecak ciążył mi na plecach, ciało tęskniło do ciepłej wody i wygodnego łóżka, a moja głowa pogrążała się w odmętach samotności.
Szczęśliwa gwiazda zabłysnęła na niebie ósmego dnia, kiedy to trafiłem do małego, sennego miasteczka, położonego pośród gór. Kalendarz wskazywał trzynasty listopada, był piątek. Nie wierzę w przesądy, lecz wiem, że one wierzą we mnie. Krokiem włóczęgi dotarłem do rynku, który ku mojemu zdumieniu tonął w świetle i wrzawie. Grupa ludzi bawiła się przy kramach, jedna część gości tańczyła, druga się zajadała.
Zagadnąłem wówczas pewnego dżentelmena, a ten wyjaśnił mi, że mieszkańcy obchodzą właśnie Święto Nocy.
Nie ukrywam, że zraziła mnie perspektywa uczestnictwa w tym podobnych hulankach, życząc więc udanej zabawy, oddaliłem się w kierunku pobliskiej ulicy.
Zajrzawszy za róg, zorientowałem się, że mam do czynienia z budynkiem sporego hotelu. Aksamitny, czerwony dywan plótł się na całej szerokości chodnika, zapraszając do ciepłego środka. Bez zastanowienia ruszyłem w kierunku wejścia.
Właśnie miałem przekraczać próg hotelu, gdy usłyszałem rozgorączkowany krzyk za plecami.

– STÓJ! Z całym szacunkiem niech pan nie waży się tam wchodzić! – strzelał słowami jak karabin maszynowy.

Odwróciłem się w okamgnieniu, chociaż pozostawałem w obezwładniającym szoku, słowa STÓJ. Nie spostrzegłem nikogo i moja twarz musiała wyglądać zabawnie, lecz po chwili dojrzałem niskiego człowieczka. Ten mógł mieć może trzy stopy wysokości.

– Najmocniej pana przepraszam. Nie może pan tam wejść. Wyjawię panu pewną tajemnicę, za pańskim pozwoleniem. Tajemnica to przecież brzemię, a ja nie mogę się narzucać. Czy jest pan gotowy? – wystrzelał nieznajomy karzeł.

– Proszę pana, ja jedynie szukam miejsca na nocleg i zmierzałem właśnie do tego, o tu, hotelu. – wskazałem na piękne, przysadziste drzwi, rzeźbione w drewnie.

– Właśnie na to nie mogę panu pozwolić. Dla pańskiego dobra. Proszę mnie wysłuchać, a wszystko pan w trymiga zrozumie.

– Dobrze, już dobrze. Mogę przecież posłuchać, co pan ma do powiedzenia. Błąkam się po górach od tygodnia, więc chwila dłużej nic mi nie zaszkodzi. Słońce jeszcze nie zaszło, mogę tu trochę z panem postać i posłuchać.

– Chwała rozsądkowi! Dobrze, to teraz pan pójdzie ze mną. Nie możemy tu tak stać. Ktoś nas może zobaczyć i będą kłopoty. Proszę za mną.

Chwała rozsądkowi! – pomyślałem. Nie miałem wiele czasu do namysłu, karzeł złapał mnie za rękaw i pociągnął z taką siłą, że nie byłem w stanie się oprzeć. Pobiegliśmy, skręcając w coraz to węższe uliczki. Pomiędzy budynkami zrobiło się cieplej. Ledwo nadążałem za karłem. Po jakichś dziesięciu minutach biegu zatrzymał się i klasnął w dłonie.

– Jesteśmy. Teraz proszę zamknąć oczy. – powiedział, ale zupełnie inaczej niż poprzednio. Był spokojny, dokładniejszy i zrelaksowany.

Zamknąłem oczy za jego poleceniem i poczułem, że unoszę się i opadam zarazem. Nim zdążyłem pomyśleć, że może jednak wypada otworzyć oczy i rozeznać się w sytuacji, uczucie zniknęło. Gdy już je otworzyłem, ukazała mi się komnata pełna lamp. Te wisiały na krużgankach, stropach, stały na stolikach i zdobiły ściany kinkietami. Na sali było bardzo jasno, ciepło i przytulnie. Odruchowo zrzuciłem plecak, który o mało nie przyrósł mi do kręgosłupa i odetchnąłem z ulgą. Mogłem rozejrzeć się dokładniej i zauważyłem kilka biurek poustawianych w szeregach. Te sfatygowane meble błyszczały w świetle lamp drewnianą politurą. Na każdym leżała maszyna do pisania, potężny kałamarz, stosy papieru w różnych kolorach, zestaw wiecznych piór i cylindryczna ampułka wypełniona wodą, do rozcieńczania atramentu.
Na ścianach wywieszono empiryczne płótna, ekspresyjne groteski i abstrakcje, które zupełnie niepodobne do niczego hipnotyzowały unikalnym zestawieniem barw.
Na każdy kierunek świata rozchodziły się korytarze, a przed nimi stały popiersia zwierząt. Niedźwiedź, lew, wąż i sowa.
Muszę przyznać, że oczarowało mnie to miejsce i bardzo szybko oswoiłem się z miliardem światełek.

– Dobrze się pan czuje? Jak ciśnienie? Jesteśmy bardzo głęboko pod ziemią. Może się kręcić w głowie. – odezwał się karzeł, a jego głos był już zupełnie spokojny.

– Czuję się dobrze. Gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytałem.

– Wszystko panu opowiem. Proszę zajść do szynkwasu, naleję panu czegoś na rozgrzanie.

Zacząłem się zastanawiać czy ten człowieczek to aby na pewno człowiek. Chwilę później przyszło mi do głowy, że może już umarłem. Usnąwszy na pustkowiu, nie wybudziłem się z letargu. Uszczypnąłem się skrycie w fałdkę skóry nad biodrem, co bardzo mnie zabolało i uznałem ten fakt za realistyczny. Pozostawała zatem możliwość, że człowiek nie był człowiekiem, a krasnoludem bądź innym fantastycznym stworzeniem. Byliśmy głęboko pod ziemią, jak sam zauważył. Dziwne uczucie unoszenia się świadczyłoby o tym, że zjechaliśmy tu windą. Nie zauważyłem jednak żadnego mechanizmu, dźwigni, suwnicy, nic. Nie miałem wyjścia, musiałem zaufać swojemu gospodarzowi i czekać.
Ten podał mi kubek parującego napoju. Pachniał wybornie jak najlepsze wspomnienia. Być może byłem tak zziębnięty tułaczką, że sok z buraków uznałbym za eliksir szczęścia, ale ten złocisty trunek zwyczajnie grał na strunach głosowych, jak piękna kobieta gładzi struny harfy swoimi delikatnymi dłońmi.

– No dobrze. Trafił pan do naszego miasteczka zupełnym przypadkiem, prawda? – odezwał się krasnal.

– Zgadza się. Od kilku miesięcy podróżuję bezcelowo. Tydzień temu trafiłem na szlak górski Sierra Nevada i uradowałem się na widok zabudowań po długim marszu. W górach jest bardzo zimno o tej porze roku, a ja nie byłem na to przygotowany. Nie planowałem wizyty w pana mieścinie.

– Trafił pan do nas jedynego dnia roku, kiedy miasteczko dostępne jest dla ludzi. Tego samego dnia odbywa się tutaj Święto Nocy. Zakładam, że zauważył pan huczną zabawę na rynku. To tutejsza szarlataneria świętuje swoje dyrdymały. Niestety nie jest to okres bezpieczny. W zasadzie dla mnie i moich bliskich nie ma takiego okresu w Wolf Pond.
Tubylcy są wrogo nastawieni do podróżnych, którzy przypadkiem natrafią do ich miasteczka. To bardzo specyficzne istoty.

Do komnaty weszły trzy osoby. Wszyscy wyłonili się z północnego korytarza przy posągu sowy. Każdy z mężczyzn wyglądał inaczej, żaden nie przypominał karła. Różniły ich kolory owłosienia, postury, oczy, a nawet odcienie skóry. Mógłbym rzec, że przypominali ludzi, lecz nie byli nimi do końca. Mieli w sobie coś nieludzkiego, lecz przyjaznego zarazem. W ramach swojej głębokiej tolerancji postanowiłem nie pytać, czym są. Patrzyłem uważnie i nie zdradzałem cienia zdenerwowania. Oczywiście wewnątrz dygotałem przeraźliwie. Bałem się, że odgłosy wewnętrznego strachu ukażą się towarzystwu, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
Jeden z nich, przypominający trochę bawoła, skinął głową i przemówił.

– Nazywam się Don. Ten szczupły to Din, a ciemny Dan. Jestem przywódcą podziemnego ruchu oporu w Wolf Pond. Zakładam po wyglądzie, że jesteś człowiekiem. Jak tu trafiłeś? Gori, czy to twoja sprawka? – zwrócił się do krasnala.

– Z całym szacunkiem drogi Donie, spotkałem naszego gościa przed Kapsttagiem. Udało mi się go namówić, żeby poszedł ze mną. Mało brakowało, a byłby stracony. – tłumaczył się krasnal.

– W porządku, w porządku. Jak nasz gość się nazywa? – nie lubię, kiedy mówi się do mnie w trzeciej osobie, jednak postać Dona przyparła mnie do muru swoją nadzwyczajną władczością pochodzącą z natury jego postaci.

– Nazywam się Wes. Pięknie dziękuję za gościnność i ciepłe przyjęcie, jednak kompletnie nie rozumiem co się tu dzieje i kim jesteście.

– Wes, przedstawiliśmy się. Teraz wyjaśnię ci, gdzie jesteś i co dalej. Usiądźmy, a ja przejdę do konkretów.

Wszyscy usiedliśmy przy potężnym stole z litego drewna. Krasnal Gori nalał nam złocistego płynu, a ja zamieniłem się w słuch.

Wiele wieków temu w górach Sierra Nevada rządził indiański król, który za żonę powziął szamankę Narrone. Legenda głosi, że Narrone zrodzona została z wnętrza ziemi. Wynurzyła się z lawy, a tuż po jej narodzinach wulkan zamknął się na wieki. Pewnego dnia królowa zażądała od króla grupy ludzi, którą poprowadzi w góry i odda w ofierze swojej matce. Król nie zgodził się z jej wolą i zażądał od żony przysięgi, że ta nie odważy się skrzywdzić nikogo z jego plemienia. Narrone złożyła przysięgę i zapomniano o całej sprawie. W niedalekiej przyszłości z osad zaczęli znikać przypadkowi ludzie. Szukano ich wszędzie, lecz bez skutku. Ojcowie znikali bez wieści, matki zapadały się pod ziemię, dzieci przepadały i najwytrwalsi poszukiwacze zrezygnowani powracali do domów.
Król postanowił wszcząć śledztwo. Najął swoich trzech najlepszych wojowników, by ci zbadali sprawę zaginięć. Jeden z nich wnet wpadł na trop i przybiegł donieść swojemu władcy, że ludzi porywa jego żona Narrone. Król w złości za te oskarżenia skazał go na banicję. Drugi również przyniósł wieści na temat Narrone. Król i tego skazał na wieczną tułaczkę. Kiedy trzeci nadszedł z wynikiem swojego śledztwa i oskarżył królową o porwania, król zaczął podejrzewać, że to prawda. Od tego dnia przyglądał się poczynaniom Narrone bardziej skwapliwie niż zwykle. Wnet zauważył, że ta wymyka się po kryjomu w nocy i znika bez śladu na długie godziny. Wtedy był już pewny, że żona zdradziła go i złamała dane mu słowo. Król wezwał Narrone do siebie i wyjawił jej swoje podejrzenia. Ta ugodziła go sztyletem, spiła krew z jego ust i pod postacią wilka uciekła z osady w góry. Nie długo po tym na osadę spadła fala nieszczęść. Ludzie bez władcy na tronie zwrócili się przeciwko sobie. Wojna domowa opanowała spokojną dotychczas ziemię i większość ludzi zginęła. Część uciekła w góry, a pozostali odnaleźli schronienie w długich podziemnych korytarzach pod osadą. Narrone wróciła do osady i jako uzurpatorka ogłosiła się jej władcą, którą okrzyknęła nazwą Wolf Pond. Trzech najlepszych ludzi zamordowanego króla zbuntowało się przeciwko jej tyrani. Założyli podziemne miasto w rozległych korytarzach ciągnących się pod osadą. We troje przeklnęli Narrone wypijając krew zabitego wilka. Rzucając klątwę na Wolf Pond sprawili, że osada zniknęła z powierzchni ziemi. Wymazana z wszelkich indiańskich map i pamięci najstarszych wodzów, najodleglejszych plemion, odeszła w zapomnienie. Jednego dnia w roku, trzynastego listopada powszechnego kalendarza, Wolf Pond staje się namacalnym miejscem, gdzieś pomiędzy łańcuchem Sierra Nevada, gdzie zrodzona z lawy uzurpatorka Narrone rządzi swoim okrutnym ludem.

Don opowiadał historię, a mnie mroziło krew w żyłach. Cofnąłem się wieki wstecz by móc zobaczyć te okropne wydarzenia. We wszystkich niedopowiedzeniach widziałem najokrutniejsze koszmary, jakie Narrone czyniła z ludźmi. Trafiłem do potwornej krainy snów, pech chciał, jedynego dnia w roku, kiedy było to możliwe. Wnet miało się okazać, że ta wiedza to tylko namiastka tego, co przygotował dla mnie piątek trzynastego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s