Krótki sen o życiu

Jestem dzieckiem. Małym, nieporadnym brzdącem.
Ubzdurałem sobie właśnie zadanie budowy zamku na piasku. Plaża jest szeroka i długa, mam więc mnóstwo materiału do wykorzystania. Mam chyba siedem lat.
Morze bardzo mi się podoba, fale rozbijają się bez ustanku. Próbuję je zliczyć, lecz nie mogę skupić wzroku. Jakiś pan właśnie wyszedł z wody. Jest mokry, ma sine usta i widać, że doznał ulgi kiedy jego stopy znalazły się na gorącym piasku. Owija się ręcznikiem i po chwili coś spod niego wypada. To majtki. Sprawnym ruchem naciąga suche i już jest szczęśliwy. Widać to na jego twarzy. Obok mnie przechodzi pani, której pofałdowane ciało przypomina komunijny obrus. Dziadek przypadkowo pociągnął za jeden koniec, wszystko spadło ze stołu, a obrus się pofałdował. Patrzę na nią, lecz ona mnie nie widzi. Mam ochotę zapytać jak ma na imię, lecz tego nie robię.
Mam plastikową łopatkę koloru czerwonego i żółte grabki. Rączka od wiaderka urwała mi się w zeszłe wakacje. Nikt nie kupił mi nowego, więc mam zielone wiaderko bez rączki do trzymania. To utrudnia pracę, ale nie uniemożliwia jej.
Puchate chmury co jakiś czas przysłaniają słońce i wtedy jest chłodniej. Tylko na chwilę bo ono zaraz wraca na niebo i grzeje.
Jakiś pan podchodzi do mnie i mówi, że jest moim ojcem. Obserwuję go uważnie, coś mi nie pasuje. Wygląda trochę jak Pan Kleks i pachnie goździkami.
Podaje mi rękę, odruchowo chwytam za nią i idziemy wzdłuż plaży. Już wiem, że nigdy nie dokończę swojego planu budowy zamku.
Wchodzimy do domu, który żyje. Ludzie krzątają się korytarzami. Wszystko jest drewniane. Wysoki podest z balkonikiem, ogromne okna obite w drewniane ramy i antresola z widokiem na kuchnię. Na stropach widzę delikatne rzeźbienia. Wyglądają jak potwory z książek o morskich podróżach. Po chwili orientuję się, że to tylko moja wyobraźnia. Mężczyzna prowadzi mnie przez cały dom. Ludzie zatrzymują się na nasz widok, kłaniają i cofają lekko. Do twarzy mają przyklejone uśmiechy, wycięte z kolorowego papieru. Wszyscy wyglądają inaczej, a jednak każdy ma ten sam sztuczny uśmiech.
Wchodzimy do ogrodu, gdzie bawi się gromadka dzieci. Stłumione śmiechy i słodki zapach trawy sprawiają, że czuję się raźniej. Kamienna żaba wypluwa wodę do sadzawki, a na drzewach mienią się miliony liści i tańczy milion wróbelków.
Przechodzimy przez ogród i dostrzegam drewniane drzwi.
Kiedy przestępuję próg, kicham. Osłaniam twarz jak zwykłem to robić, bo tak uczyła mnie babcia. Tym samym dotykam okolic ust i brody. Czuję szorstką szczecinę i widzę, że moje stopy znajdują się o wiele dalej niż przed chwilą.
Mężczyzna znika i jestem sam. Przede mną rozpościerają się góry. Skaliste szczyty, pokryte czapami śniegu. Wiatr dmie na wszystkie strony, jest chłodny i smaga moją dorosłą twarz. Mam chyba dwadzieścia sześć lat.
Ruszam przed siebie i dostrzegam starszego mężczyznę. Ma na sobie flanelową koszulę i patrzy w moją stroną. Podchodzę do niego, patrzy mi w oczy. Są czarne jak kawa.
Mówi, że właśnie zszedł ze szczytu góry, na którą wiedzie szlak u naszych stóp.
Odruchowo mu dziękuję i podaję dłoń. Ściska ją mocno, a w jego czarnych oczach pojawiają się łzy przecięte promykami słońca.
Idę za szlakiem i wspinam się na skaliste ściany. Te są płaskie i prawie nie ma się czego złapać. Wiatr jest ostry i mam ochotę na herbatę, lecz nie mogę zawrócić. Czuję się pchnięty w plecy. Muszę iść do przodu. Kiedy pokonuję ostatnią półkę skalną i podciągam się do góry, widzę swoje dłonie. Te są żylaste i zmęczone. Są pokryte piegami i wypukłościami. Mam chyba czterdzieści trzy lata.
Stoję na szczycie i wsłuchuję się w świst wiatru. Wyciągam z kieszeni małą książeczkę, która była tam od zawsze. Otwieram na pierwszej stronie.
Czytam pierwsze słowa i widzę w nich swoje życie. Czuję pustkę, która zmusza mnie do zejścia. Wybieram zachodnią ścianę.
U stóp góry trafiam na gorący piasek. Po linię horyzontu ciągną się niedoścignione wydmy. Ruszam w ich kierunku. Idę wiele dni i nocy.
Docieram do oazy. Jest opuszczona i zniszczona czasem. Jestem spragniony więc ruszam w kierunku oczka wodnego.
Klękam i pochylam się nad gładką taflą wody. Mogę ujrzeć swoje oblicze.
Mam krzaczaste brwi i strzępki siwych włosów porasta moją czaszkę. Coś ściska mnie w żołądku. Obmywam twarz wodą i łapczywie piję.
Siadam nad brzegiem i wyciągam z kieszeni telefon komórkowy. Wybieram numer, który znałem od zawsze. Słyszę sygnał i po chwili odzywa się kobieta.
Ma energiczny, szybki głos. Pyta kim jestem, a ja odpowiadam.
Po chwili ciszy pyta dlaczego dzwonię. Naturalnie wypowiadam, jedyne dwa słowa, które przychodzą mi do głowy – kocham cię.
Następuje cisza. Jest długa jak moja podróż. W końcu słyszę odpowiedź – ja ciebie również, zawsze.
Żegnam się i wyciągam z kieszeni małą, sfatygowaną książeczkę. Otwieram na ostatniej stronie i zapisuję kilka linijek tępym ołówkiem.
Układam się wygodnie na brzegu oczka wodnego i zasypiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s