Spotkajmy się wczoraj

Garstka ludzi przetacza się chodnikiem. Późny wrzesień, pogoda pod psem. Siedzimy w barze gdzie serwują dobre piwo. My pijemy to najtańsze, szczyny, lecz pijemy. Nie chcemy być dziś trzeźwi. Gramy w karty. Gramy o pieniądze. Hazard i alkohol to para nie do zdarcia. Kelner kuka na nas regularnie, czy czasem czegoś nie zmajstrujemy. Dałbym mu prztyczka w nos, gdyby nie fakt, że już nas tu nie lubią.
Światło jest podłe, żółte, majaczy w ciemności brunatnej speluny. Mamy zmęczone oczy i nikt nie skupia się nad grą. Mężczyzna o muskularnej twarzy drapie się w powiekę. Palce na jego dłoni są grube i sprężyste. Pokryte żyłkami prawie wgniatają oczodół w głąb czaszki. Robi mi się niedobrze. Wyciągam papierosa, proszę Bogdana o zapalniczkę. Ten odpala mi papierosa, którego już trzymam w ustach. Zaciągam się głęboko, myślę o tym dymie, który wkrada się w płuca. Jaką drogę pokonuje. Tam i z powrotem. Wydmuchuję i skupiam wzrok na kobiecie siedzącej przy barze. Jest przystojna i jest sama. Nie widzę jej twarzy i nigdy wcześniej jej nie widziałem, ale już wiem jaki ma kolor oczu. Są niebieskie – muszą być niebieskie – mówię do siebie. Chłopcy patrzą na mnie jakbym spadł z byka. Po chwili wszyscy wiedzą na co patrzę. Bogdan szturcha mnie w ramię i mówi żebym szedł. Kończę piwo, zsuwam się z krzesła. Nakładam na ramiona starą, znoszoną wiatrówkę i pewnym krokiem podchodzę do baru.
Wiem, że wyglądam źle, ale mam to gdzieś. Widzę, że jej kieliszek jest pusty. Kiwam na kelnera, którego pretensjonalny wzrok doprowadza mnie do szewskiej pasji.
– Martini, dwa razy. – zwracam się do niego obojętnie.
Kobieta jest rzeczywiście śliczna. Niebieskie oczy skryte pod jaskółczymi brwiami czynią jej piękno. Długie, kasztanowe włosy zarzuciła na prawe ramię, lekko falują. Wyraz twarzy ma trochę zobojętniały, ale nie waham się.

– Napije się pani ze mną? – pytam stając po jej prawicy.

– Nie napiję się z panem. – odpowiada niewzruszona.

– Nie cierpi pani na brak towarzystwa? – pytam, zbity z tropu.

– Nie cierpię na nic. Nie napiję się z panem, ale pan może się napić ze mną. Jeśli pan nie będzie zanadto cierpiał na moje towarzystwo. – spojrzała na mnie i już wiem, że ją kocham.

Kelner fujara przynosi Martini. Ona wypija połowę kieliszka duszkiem i pyta:

– Gra w karty z kolegami nie idzie?

– Wygrałem wszystko co mogłem. Grywa pani?

– Nie, karty mnie nudzą. Nie lubię kiedy los podejmuje decyzje za mnie.

– Należy pani do tych ostrożnych. Nie lubi pani ryzyka?

– Wręcz przeciwnie, lubię kiedy ryzyko jest moim świadomym wyborem. Zawsze mam jakiegoś asa w rękawie.

– Zupełnie jak ja. Chociaż karty lubię i nie muszę blefować. Mam dużo szczęścia.

– Jest pan pewny, że to szczęście, a nie próżność?

– Nie stać mnie na próżność. Gram dla rozrywki.

– Dobrze, panie?

– Mateusz, pani?

– Mam na imię Hilda.

Biedna, z takim imieniem pewnie ma w życiu przesrane. Czar prysnął. Chyba nie pokocham dziewczyny o imieniu Hilda.

– Czym się w życiu zajmujesz Mateuszu? Chyba nie jedynie grywaniem w karty?

Powiem jej prawdę. Zdecydowałem, że będę szczery i tyle.

– Sprzedaję opony.

– Brzmi ciekawie. Czy są to jakieś specjalne opony?

– Zwykłe, gumowe opony. Po prostu są tanie, sprzedaję je za pół ceny konkurencji.

– Dlaczego są tak tanie?

– Bo dostaję je za darmo.

– Kradniesz je?

– Nie, mam znajomego, który pracuje na szrocie. Ten obrabia każde auto i oddaje mi opony. Zupełnie za darmo. Jemu są do niczego niepotrzebne.

– Rozumiem, to chyba intratny biznes.

– Całkiem w porządku, można wyżyć, a ty? Czym ty się zajmujesz?

Za naszymi plecami rozlega się huk. To Bogdan przygrzmocił pięścią w stół. W złości wykrzykując obelżywe słowa do kogoś za oknem.
Wnet się orientuję, to jego żona. Szła pod rękę z jakimś gościem. Szybko spostrzegła Bogdana wewnątrz baru. Puściła mężczyznę i pobiegła w kierunku wejścia. Bogdan ubiera kurtkę, ciągle ujadając. Kłócą się w przejściu, Bogdan ją odpycha i rusza w kierunku faceta na ulicy. Tamten nie wie co zrobić, więc stoi jak kłoda. Bogdan go dopada swoją kamienną pięścią i trzeba pośpieszyć na ratunek tamtego gnoja. Boguś by go zabił na miejscu. Wybiegam i jakoś udaje mi się go powstrzymać. Zabieram go z powrotem, a jego żonie karzę wracać do domu.
Jest tak wpieniony, że ledwo mogę go utrzymać. Daję mu papierosa i obiecuję zaraz wrócić. Wracam do dziewczyny, lecz ta zdaje się już wychodzić.

– Już idziesz? – pytam.

– Tak, jest późno. Poza tym, spójrz tylko. Musisz się zająć tym biedaczkiem.

Proponuję, że ją odprowadzę. Zgadza się, tylko kawałek. Płacę od razu temu pajacowi i wychodzimy z baru. Krzyczę tylko do Bogdana, że zaraz wrócę.
Ulica jest wygładzona deszczem, olśniewa błyskiem. Ludzi niezbyt wielu, tak jak lubię. Jakoś nie chce mi się mówić, więc tylko idziemy. W końcu ona się odzywa.

– Jestem krawcową. Szyję ubranka dla dzieci. Potem przyszywam im łatki z moim imieniem. Tak stworzyłam markę. Może nie jest to Gucci, ale sprawia przyjemność.

Nie zwróciłem uwagi na jej dłonie. Są pokaleczone, mnóstwo drobnych zadrapań zdobi opuszki jej palców. Mimo to są piękne, smukłe, stworzone do delikatności, muskania.
Wyobrażam sobie jak kładzie je na moim karku i cały swój wzrok skupia na mnie. Trochę odlatuję, więc zaraz ściągam się z powrotem na ziemię i odpowiadam.

– Mam wrażenie, że moja siostrzenica ma twoje ciuszki.

– Widzisz, już jestem sławna.

– Wyglądasz na taką.

– Na sławną? Może kiedy patrzysz od tyłu. – zaśmiała się, ale rumieńca tym nie ukryła.

Dochodzimy do skrzyżowania.

– Tutaj się pożegnamy. Miło było cię poznać, dziękuję za drinka. Nazywam się Jenny.

Uśmiechnęła się pięknie. Na chwilę skupia cały swój wzrok na mnie. Tak jak chciałem i całuje mnie w usta. Są pełne i smakują jak niekończące się czereśnie. Słodkie, z gorzką nutą. Dotykam nosem jej nosa i lekko się uśmiecham. Wiedziałem, że się zakocham. Odchodzi, odwraca się jeszcze za przejściem, unosi dłoń i mętnieje w ciemności. Zdaję sobie sprawę, że nie poprosiłem o numer telefonu, nic. Jak ja ją teraz znajdę. Nie zastanawiając się chwili dłużej, ruszam w pościg. Może ją jeszcze dogonię. Kawałek za połową przejścia dla pieszych orientuję się, że już za późno. Nie mogę się cofnąć, ani iść dalej. Ciężki samochód, ciężarówka, waży z dwadzieścia ton, może więcej. Wpada we mnie z impetem i unosi wysoko w powietrze. Tracę przytomność i odzyskuję na sekundy, a sekundy trwają całe życie, a życie jest nieskończenie długie. Nie mam pojęcia ile to wszystko trwa. Próbuję oddychać, wiem, że już wylądowałem. Czuję, że jest mokro i zimno. Coraz zimniej. Ciężarówka wpadła w poślizg. Przekoziołkowała i staranowała pobliski znak stopu. Obserwuję teraz świat z poziomu asfaltu, a po nim, niespodziewanie toczy się opona. Zwykła gumowa opona sunie wzdłuż mokrej ulicy. Niezachwiana potoczy się dalej, lecz już jej nie widzę. Nie mogę odwrócić głowy. Jest już bardzo zimno. Myślę, że to zima. Właśnie skończyła się moja jesień. Zamykam oczy.

2 uwagi do wpisu “Spotkajmy się wczoraj

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s