List z przeszłości

Usiadł na stołku, zwykłym, prostym, drewnianym. Ktoś wydłubał ten stołek zupełnie bez przekonania, ale służy już od lat. Zdjąwszy uprzednio buty w sieni, wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia.
Do jego nozdrzy dotarł bowiem ów niecny zapach spoconych stóp. W istocie rzeczy nigdy nie nazwalibyśmy go zapachem, jednak na potrzeby estetyki, uznajmy, że był właśnie nim.
Wykrzywił swą plastyczną twarz, jedno oko pozostawiając otwarte, kiedy kurczowo zaciśnięta powieka drugiego, doznawała spazmatycznych wstrząsów.
Przez chwilę wyglądał jak pomnik i jedynie za sprawą wszechogarniającego smrodu, nie możemy tej chwili zaliczyć do artystycznych.
Nie mniej jednak zachował pozory swojej odwiecznej, dobrze wszystkim znanej powagi. Gdyby jakaś sprawna ręka odzwierciedliła go teraz w kamieniu, nie odbiegałby niczym od postawy Dawida.
Warto więc zwrócić uwagę na jego niebywałą postać, owianą tajemnicą odkąd wiemy, że z natury jest zwykłym włóczykijem.
W izbie paliła się żeliwna lampa, zalana oliwą, rozgrzana już niemal do czerwoności u nasady. Oświetlała większą część pomieszczenia, rzucając snop światła na ściany pokryte jedwabnymi dywanami.
Krzesła stały porozrzucane dookoła wraz ze stołami ustawionymi w zupełnym nieładzie. Było cicho i przytulnie. Gorliwy ogień połykał grube kawałki drewna, wydając przy tym apetyczny dźwięk skwierczenia.
Głowa niedźwiedzia wisiała u szczytu. Za życia musiał ważyć ponad pół tony, a w jego wypchanych oczach wciąż dało się dostrzec błysk groźby.
Niemal identycznym błyskiem w oku piorunował jegomość, którego stopy jeszcze nie zdążyły wywietrzeć, a on bezwstydnie zamawiał jedzenie.

– Talerz gęstej zupy i pieczeń. Jaką macie dzisiaj? – zapytał nie odwracając swojego wzroku od czeluści kominka.

– Dzika mamy, gajowy upolował. – odpowiedziała kobieta, której twarz zdradzała wieczne rozgoryczenie.

– Dajcie dzika w potrawce z ziemniaków. – odpowiedział nieznajomy.

Kobieta odeszła, rzucając pojedyncze spojrzenie na jegomościa, który rozluźnił już mięśnie twarzy. Najwidoczniej ów zatrważający zapach przestał mu przeszkadzać, a może stał się przyzwyczajeniem.
Mężczyzna wysławiał się w sposób, którym nijak można go było połączyć z naturą urody jaką został obdarzony. Pretensjonalny, niski głos opiewał w nutę zaściankowości. Godziło to w wizerunek postaci, na pierwszy rzut – arystokratycznej.

Rezonujący w powietrzu, leniwy spokój atmosfery zakłócił dźwięk żelaza. Ten dochodził od strony wejścia do gospody i wzrastał w miarę upływających minut.
Mężczyzna tkwił nieporuszony, jednak jego wzrok zogniskował się teraz na drzwiach, miejscu, w którym niebawem miała rozwiać się tajemnica.
Dźwięk stał się już bardzo bliski i zapalczywy. Powietrze w izbie zgęstniało do tego stopnia, że ogień zdawał się dogasać. Gdy nagle zamilkł, a wszystko wróciło do normy, gdy po chwili drzwi do gospody wybuchły gromkim hukiem łamanych desek, z których zostały zbite.
Z ciemności wyłoniły się trzy sylwetki, gęsto splecione ze sobą niczym muszkieterowie przy swych szpadach.
Wrogość biła z ich szpakowatych twarzy, a połysk światła w dnach ich oczu budził grozę i przestrach. Kobiety krzątające się w kuchni poczęły jęczeć, a na ten znak z głębi pomieszczenia wyszedł stary, barczysty gospodarz.
Zmierzył mężczyzn krótkim spojrzeniem i podciągnął do gęstej, siwej brody zimną stal gwintowanej lufy.

– Kim u licha jesteście i czego chcecie? Mówcie albo was powystrzelam jak kaczki. – wycedził gospodarz przez zaciśnięte zęby nie ujawniając przy tym cienia zdenerwowania.

Mężczyzna stojący na przedzie, twarz pokrytą bruzdami skrył w cieniu okrągłego kapelusza. Odsłonił go lewą ręką, przymknął jedno oko i chwilę później mogliśmy usłyszeć echo padającego wystrzału. Początkowo nikt nie wiedział co się stało, jednak po chwili kiedy rezonujący odgłos wybuchającego prochu umilkł, można było dostrzec gospodarza kulącego się na podłodze.
Kula trafiła go w ramię, wytrącając dubeltówkę z rąk.
Chwila, w której owa scena miała miejsca zaowocowała jeszcze jednym wydarzeniem. Kiedy wszyscy skupili uwagę na wystrzale, jegomość, którego śmierdzące stopy burzyły harmonię otoczenia, zniknął pozostawiając po sobie stołek.
Trzech agresorów jakby porozumiewając się przy pomocy ukrytych znaków ruszyło w kierunku głębi izby. Jej główna część rozdzielała się na dwa skrzydła, które prowadziły do dwóch osobnych części budynku mieszkalnego.
Jeden podejrzany osobnik ruszył prawym skrzydłem, drugi zajął lewe, a trzeci pomaszerował w kierunku końca głównej, zacienionej części sali.
Mężczyźni zdawali się intensywnie nasłuchiwać odgłosów, jednak nic poza dyszeniem gospodarza nie dochodziło do ich uszu.

Nastała przejmująca cisza. Kobiety zebrały się wokół gospodarza. Jedna z nich przyniosła butelkę spirytusu, którą ten porwał sprawną ręką i upił pokaźnego łyka. Alkohol nie wzbudził w nim żadnego odruchu. Po chwili mięśnie twarzy zdały się rozluźniać i jego niespokojny oddech normować.
Jedna z kobiet, młodsza i przystojna, kawałkiem sterylnej chusty obwiązała szczelnie ranę i wyartykułowała roztrzęsionym głosem:

– Ojca musi zobaczyć lekarz. Kula zdaje się, została w ciele.

Mężczyzna odchrząknął i z trudem wstał. Kobiety podstawiły mu krzesło, a on jedynie sięgnął po butelkę z ognistą wodą i oddychał miarowo.
W tym samym momencie coś zaskrzypiało w sieni.
To bezwstydnik, włóczykij przykulał się z powrotem żeby założyć swoje znoszone obuwie. Uczynił to z należną mu gracją, zwyczajnie wskoczył w szerokie kowbojki. Cały zabieg przeprowadził bezszelestnie. Spojrzał na spiorunowane twarze gromady ludzi i sam przybrał minę zdziwienia. Wskazujący palec uniósł do ust i gestem drugiej ręki wskazał na leżącą na ziemi dubeltówkę.
Starszy mężczyzna początkowo nie wiedział jak zareagować, po chwili kiwnął głową porozumiewawczo i wyszeptał kilka słów do młodej kobiety.
Ta ujęła długą spódnicę za dwa boki, uniosła ją do góry, ukazując swoje zgrabne, kunsztownie uformowane nogi i nie wydając najmniejszego odgłosu sięgnęła po broń.
Stąpając na czubkach palców, oboje spotkali się w połowie drogi. Włóczykij stanowczym gestem wskazał drzwi kuchni, kobieta kiwnęła na znak zgody. Nie śmiałaby się przeciwstawić, gdyż z oblicza nieznajomego biła jakaś tajemna siła, której skrycie się bała. Wszyscy za wyjątkiem włóczykija wolnym, chwiejnym krokiem ruszyli do oświetlonego pomieszczenia na tyłach hallu.
Trójka mężczyzn przepadła, nie było po nich śladu.
Nasz bohater rozejrzał się uważnie, nastawił swoje prawe ucho tak by słyszeć najmniejszy szmer myszy i ruszył wzdłuż jednej ze ścian.
Ominął kominek tak, aby nie zamroczyć światła bijącego od płomieni i nie rzucić nieopatrznie cienia na przeciwległą ścianę.
To mogłoby zdradzić jego położenie, jak i zamiary.
Broń trzymał blisko ciała, stąpał ostrożnie, niczym wprawiony tropiciel na polowaniu.
Skrzypnięcie zdradziło położenie jednego z wrogich mężczyzn. Sprawa potoczyła się szybko, a jej wynik jednostronnie dawał wygraną włóczykijowi.
Mężczyzna okryty czarną peleryną skonał na deskach hallu, tuż przy drewnianym filarze podtrzymującym antresolę.
Sprawność naszego bohatera zadziwiłaby niejednego widza. Podczas gdy jedną rękę skupił na broni, drugą sprawnie obsłużył nóż, narzędzie zbrodni.
Dwóch agresorów wciąż było w budynku i nie wydawali najmniejszego odgłosu.
Włóczykij z wolna ruszył w kierunku środkowej części sali i wnet zorientował się, że jest obserwowany.
Szybki, krótki strzał padł w odległości kilku cali od jego nogi. Wykonał unik i znalazł się za ścianą oddzielającą środkową część sali od prawej, mieszkalnej.
Nastąpiła wymiana ognia. Kule latały jak oszalałe. Po kilku sekundach od pierwszego strzału drugi napastnik dołączył do swojego kompana i oboje ubezpieczali się nawzajem.
Nasz bohater zachował zimną krew i odpowiedział ogniem dopiero po dłuższej chwili, z zupełnie innego miejsca, gdzie udało mu się przedostać za sprawą dodatkowego przejścia od strony sieni. Pierwszym strzałem trafił jednego, drugi chybiony doczekał się rewanżu, jednak również spudłował.
Pozostało dwóch strzelców, którzy zdawali się nie oszczędzać amunicji. Ich pozycje nie dawały żadnej ze stron możliwości dostrzeżenia przeciwnika. Było ciemno i obydwoje skupili się na odgłosach.
Ostatni napastnik usłyszał skrzypnięcie za sobą za późno i jego ciało padło na dębowe deski ze spokojem ulatującego ducha.

Po chwili wszystko wróciło do normy i jedynie dogasający ogień syczał zupełnie innym taktem. Mężczyzna ruszył w kierunku kuchni, gdzie napotkał przerażone twarze kobiet i rozgorączkowany fizys gospodarza.

– Ci tutaj nie będą was więcej niepokoić. – wskazał z dezaprobatą w głąb sali.

– Nie. Ci nie będą, ale przyjdą inni, prawda? – wycedził gospodarz, a jego twarz nabrała surowości.

– Przyjdą. – przytaknął nieznajomy.

– Kim oni u licha są? – zapytał gospodarz patrząc wprost na mężczyznę.

– Nie wiem, ale chyba zalazłem im za skórę bo chodzą za mną już od Monte Villa. – odparł znużony włóczykij.

– Od Monte Villa. No dobrze, a kim ty u diabła jesteś i co robisz w tych stronach? – kontynuował gospodarz.

– Nikim kogo imię chciałbyś znać przed śmiercią stary człowieku. Musicie stąd uciekać. Następni będą celować wyżej. Macie konie do osiodłania?

– Cztery kuce. Nie opuszczę swojego domu. Po moim trupie zostawię to wszystko na pastwę losu.

– Więc umrzesz, a z tobą pójdą kobiety, a może czekać je będzie gorszy los.

Kiedy wypowiadał te pełne goryczy słowa huk wystrzału rozerwał powietrze i szybę przy frontowych drzwiach.
Wymowne spojrzenie włóczykija doprowadziło gospodarza do bolesnej decyzji.

– Zostawcie wszystko, idziemy do stajni. Już! – krzyknął i kobiety w popłochu pobiegły na tyły domu, a za nimi ruszyło dwóch mężczyzn. W niedalekiej odległości słychać było tętent końskich kopyt. Ten stawał się coraz głośniejszy i wypełniłby niejedno serce niepokojem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s