Nie ma miejsca w niebie

Mężczyzna w przepoconej koszuli kosi trawę. Używa do tego spalinowej kosy, która rozrzuca resztki postrzępionej zieleniny na jego buty. Dzień jest upalny, tak że drobno skoszona trawa usycha w mgnieniu oka, zamieniając się w pachnące siano.
Jej woń roznosi się po całej okolicy. Jest bezwietrznie, a słońce ustawione na południu ogniskuje cień w gęstwinie świerków. Nie sposób się tam wgramolić, żeby uszczknąć pozornie wilgotnego chłodu drzew.
Jedynym ratunkiem są oczka wodne, w których dzieci łowią kijanki. Małe, czarne gluty o ledwo widocznych oczkach, ze zwinnymi ogonkami, gromadzą się stadami w mętnej wodzie. Po dwóch przeciwległych brzegach wyrastają lilie wodne, które rondami twardych liści zakrywają niepojęte głębiny w wyobraźni dziecka.
Roderick stoi i trzyma się za głowę. Zdaje się liczyć włosy, które gęsto porastają jego śniade czoło. W lewej ręce trzyma cygaretkę, która wypalając się leniwie, wędzi jego silną dłoń. Upał sprawia, że dym go dusi, a wyschnięte gardło dokucza boleśnie.
Lubi dzieci i nawet nie doskwiera mu ich nieprzerwany krzyk. Wie, że sam był dzieckiem i nie było rzeczy, która nie intrygowałaby go, kiedy wychodził na spacery.
Śpiewał wtedy, zawodząc, a dziadek nigdy nie miał mu tego za złe. Dziadek nauczył go spokoju, więc oczy i myśli Rodericka płynęły teraz leniwie i beztrosko.
Spojrzał na zegarek, punkt trzynasta. Trzeba wracać do domu, jeżeli chcą po drodze wstąpić do sklepu.

„Connie chodź, zmywamy się. Trzeba zrobić zakupy.” – zawołał w stronę gromady dzieci nachylonych nad szklaną płycizną wody.

„Jeszcze chwila, Rodi, jeszcze chwila. Widziałam traszkę, chcę ją złapać.” – odpowiedziała Connie.

„Zostaw ją w spokoju, pomyśl, że ja tak na ciebie poluję z wielkim słoikiem. Nie chciałabyś zostać zamknięta w słoiku, wierz mi. Wypuść te kijanki i idziemy. Mama będzie się niecierpliwić. Wiesz, że nie chcemy żeby mama się denerwowała.”

Connie wykrzywiła usta w stronę Rodericka i pełnym mozołu i beznadziejności konieczności ruchem, wylała zawartość wielkiego, szklanego naczynia wprost do wodnego oczka. Kijanki rozproszyły się, a w jej oczach na chwilę zabłysła gwiazda tęsknoty, którą zaniosła wprost do Rodiego.

„Oh, nie smuć się, smarku. Wrócimy tu jutro, a traszek będzie więcej. Złapiesz swoją i jeszcze więcej kijanek niż dziś. Mamy sporo drogi do zrobienia, pójdziemy naokoło i przejdziemy nad stawem. Co ty na to?”

„Tak, chodźmy, może będą łabędzie.”

„Na pewno będą kaczki, a ja mam trochę nasion w kieszeni. Rozbestwimy kaczory i sami pójdziemy coś zjeść. Tylko najpierw sklep. Kapewu?”

„Wu pe ka!”

Ruszyli, a chwilę wcześniej poderwał się lekki wiatr, który studził ich ciała. Ciała skąpane w lipcowym słońcu. Słońcu wakacji, które Roderick kojarzył z dzieciństwem.
Były to różne czasy, bardzo zmienne. Lipiec spędzał na drzewach, wspinał się na niskie papierówki, których liście rosły gęsto. Nikt go tam nie szukał. Mógł tak spędzać całe dnie skubiąc korę paznokciem i podjadać dojrzałe jabłka.
Czas wtedy nie istniał, a dzień dzielił się na śniadanie, obiad i kolację. Na strychu leżał kufer z książkami, których nieotwierane karty posklejały się, lecz on cierpliwie odlepiał każdą i czytał. Uwielbiał śpiewać piosenki zasłyszane w radiu. Nigdy nie pamiętał całego tekstu, więc fałszował i dopowiadał słowa. Wstydził się na to wtedy, więc śpiewał tak, jedynie kiedy był sam.
Szli aleją rozdzieloną po obydwu stronach drzewami. Pod koronami było chłodniej, a rude wiewiórki przebiegały im drogę. Jedne trzymały w zębach żołędzie, kiedy kolejne biegły za nimi w nadziei, że ta zgubi swoją zdobycz.

„Rodi.” – zaczęła niepewnie Connie.

„No, co jest?”

„Chciałabym zostać astronautą, jak ty.”

„Oh, smarku. Nie jestem astronautą. Jestem tylko astronomem. Nie latam w kosmos, chociaż to musi być niesamowite.”

„Ja chcę latać w kosmos. Chcę być astronautą.”

„W takim razie przygotuję cię z teorii. Wiesz w jakiej galaktyce leży ziemia? Uwielbiasz wpieprzać takie batony.”

„Milky Way!” – odpowiedziała.

„To już spora wiedza. Winszuję.”

„Win – co?” – zapytała.

„Nie przejmuj się, chcesz być astronautką, a nie poetką. Nie musisz znać wszystkich słów, przynajmniej nie teraz.”

Szli rozmawiając, a Roderick w myślach wspominał czasy swoich studiów nad mapą nieba. Znał wszystkie ciała niebieskie w zasięgu wielu milionów lat. Uwielbiał tę wiedzę, która budziła w nim zachwyt, nie próżny, lecz świadomy. Nieobliczalny wszechświat był dla niego mocą, której postanowił oddać swoje życie. Ich dwoje to tylko ziarenka, włącznie z całą planetą pełną ludzi, w obliczu kosmosu.
Któregoś dnia odkryje w kosmosie coś, co od tego momentu będzie nosić jego imię. Gwiazda rozbłyśnie w atlasie kosmosu i stanie się przedłużeniem jego życia. Marzył o tym i robił wszystko by ziścić swoje marzenie.
Pracował wiele i pilnie. W ostatnim czasie musiał trochę odpuścić, gdyż była Connie.
Uwielbiał tę dziewczynę i spędzałby z nią każdy czas. Ich matka nie znała spokoju, który po dziadku odziedziczył Roderick. To sprawiło, że zachorowała i nastały ciężkie czasy.
Z kolei ojciec przepadł jak kamień w wodę, kiedy Rodi miał dwanaście lat. Nawet nie wiedzieli czy jeszcze żyje.

Doszli nad staw i nakarmili kaczki ziarnami pszenicy, które Roderick zawsze nosił ze sobą na spacery. Ptaki połykały drobinki, które unosiły się na powierzchni ponurej wody. Gdzieś wysoko na niebie pojawił się sierp księżyca.

Wrócili do domu, wstępując po drodze do sklepu. Kupili warzywa i bochenek ciemnego, razowego chleba, który uwielbia ich matka.
Dom ich był jasny i ciepły. Wypełniała go przestrzeń i prostota. Nie był to dom, w którym Roderick czuł się dobrze. Connie skoczyła do kuchni, gdzie siedziała mama.

„Cześć mamo. Było cudownie, łowiłam kijanki i karmiliśmy kaczki. Mam dla ciebie chleb.”

„Dziękuję. Rodi wrócił z tobą?” – zapytała mama.

„Tak, jestem tutaj.” – odpowiedział, przestępując próg kuchni.

„Przyszedł do ciebie list. Przygotuję obiad. Connie, idź się umyć.”

Connie usłuchała i ruszyła do łazienki. Roderick wziął list i nie mówiąc słowa ruszył do góry, gdzie mieścił się jego pokój. Na kopercie widniał znaczek z kanadyjskim liściem klonowym i stemplem Toronto. Szanowny Pan Roderick Lubbock.
Nie spodziewał się prywatnej korespondencji z Kanady. Zaciekawiło go to.
Z szuflady starego biurka wyciągnął linijkę. Powoli i delikatnie rozdarł kopertę.
Ze środka wyciągnął kilka zgiętych kartek. Rozwinął go i zaczął czytać. List zaczynał się od słowa, na którym zawiesił swój wzrok – „Synu”. Chwilę później jego oczy patrzyły już w dal za oknem.

Okno było zamknięte, a białe kwiaty kwitnącego drzewa, przypominały płatki śniegu rzucane na wietrze. Jeden z nich zawirował wprost na szybę i Roderick myślał przez chwilę, że upadnie na jego biurku. Jednak to tylko złudzenie, ponieważ okno było zamknięte.

Jedna uwaga do wpisu “Nie ma miejsca w niebie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s