Racja o ptakach

Usłyszałem Epitafium Seikilosa, melodię tak dobrze mi znaną. Ktoś o nader oryginalnym guście muzycznym, a może doskonałym poczuciu humoru zainstalował ową melodię jako dzwonek do drzwi.
Goliłem się właśnie w łazience na piętrze. Przerwałem zabieg i z twarzą umorusaną mydlaną pianą, zbiegłem żeby otworzyć.
W progu stała dziewczynka, miała może dziesięć lat i dwa blond warkocze zwisające na ramiona. Opiekunowie wyrządzili jej krzywdę przy wyborze sukienki, która wyglądała jak alga wyrzucona na brzeg plaży.
Dziewczynka widząc mnie w formie niewyjściowej, przeprosiła za niespodziewaną wizytę. Odparłem, że nie ma problemu i jakby odruchowo odsunąłem się przepuszczając ją w drzwiach. Na mój gest weszła do środka i ruszyła do kuchni.
Zacząłem się zastanawiać kim ona u licha jest i czemu właściwie wpuściłem ją do domu.
Przypominała mi kogoś, lecz kiedy zobaczyłem siebie w lustrze zwisającym krzywo w przedpokoju, szybko zapomniałem kogo.
Poszedłem do kuchni jej śladem, kiedy ona już parzyła herbatę i pytała czy słodzę.

– Tak, dwie poproszę. Kim ty właściwie jesteś? – zdecydowałem się zapytać.

– Jestem pańską córką, tak powiedziała mama.

– Ależ to niemożliwe, ja nie mam dzieci, sam poniekąd jestem dzieckiem.

– Moja mama nigdy nie kłamie, czy uważa pan inaczej?

– Dobrze, a kim jest twoja mama?

– Jak to kim? Pana żoną.

Zacząłem się zastanawiać czy ten chochlik w glonowej sukience nie jest jakimś majakiem. Złapałem za papierowy ręcznik i przetarłem twarz z mydła, nie było śladu krwi. To znaczy, że nie podciąłem sobie krtani podczas golenia i wciąż jestem żywy.

– Kochaniutka, wydaje mi się, że pomyliłaś domy. Ja nie mam żony, a ty nie jesteś moją córką. Jak w ogóle masz na imię?

– Mam na imię Abstrakcja.

Nie mogłem powstrzymać parsknięcia i oplułem się w przypływie nadmiernego entuzjazmu.

– To pan wymyślił mi to imię. Mama nie chciała się zgodzić, ale wymusił to pan, mówiąc, że jak nie będę Abstrakcją to w ogóle nie będę. Więc jestem Abstrakcja, nie wiem czemu to pana bawi.

– Przepraszam Abstrakcjo, nie bawi mnie to. Po prostu się zakrztusiłem.

– Kłamie pan, mama mówiła, że pan uwielbia to robić.

– No tak, twoja mama to mądra kobieta, a jak ona się nazywa i gdzie jest?

– Nie wie pan nawet jak się nazywa pana żona. Jest w pracy i ma na imię Racja.

Nie przypominam sobie żebym pił w ostatnim tygodniu. Nie stosowałem też żadnych halucynogennych leków. Aplikowałem sobie jedynie końskie dawki witamin, lecz one nie mogły przyczynić się do tego co się właśnie działo w mojej kuchni.

– Uznajmy, że się nie dogadaliśmy. Nie znam cię Abstrakcjo, nie znam też żadnej kobiety, która ma na imię Racja. Nie mam żony ani potomstwa. Jestem szczylem i sprzedaję bilety w kinie. Poza tym, czy ty nie powinnaś być w szkole?

– Właśnie dlatego przyszłam. Moja szkoła leży daleko, mama powiedziała, że mnie zawieziesz bo sama ma dzisiaj dużo zajęć. „Przy okazji poznasz tatę” powiedziała.

– Jaki adres podała ci mama?

Dziewczyna podała mi kartkę, na której wypisany był dokładnie mój adres. Ulica Na Skraju Lasu 27/23.

– Zawiozę cię do szkoły, wypijmy tylko herbatę.

Rozsiadła się w salonie z moim ulubionym, porannym kubkiem w dłoni i siorbała herbatę zabarwioną kroplą mleka. Zupełnie jak ja.
Przyglądałem się jej wnikliwie i próbowałem skojarzyć jej twarz z kimś mi znanym.
Nagle uprzytomniłem sobie, że ta pociągła twarz, skonsternowane i zawieszone w melancholii oczy, jak i usta z wydatną, dolną wargą, to nic innego jak szczegóły mojej własnej.
Kiedy wlepiony wzrokiem w Abstrakcje siedziałem z kubkiem herbaty, do połowy już rozlanej po podłodze, znów usłyszałem znaną mi melodię dzwonka do drzwi.
Wstałem, tym razem naciskanie dzwonka było gorączkowe i ktoś po drugiej stronie nie dawał za wygraną.
Otworzyłem i ujrzałem chłopca, który na moje oko mógł mieć dwanaście lat. Bujne, blond włosy wystawały mu spod czerwonej czapeczki z daszkiem.

– Cześć tato! Jest obiad?

Nie opiszę burzliwych przemian na mojej twarzy, która przybierając wiele form w przeciągu ułamków sekund, zachowała w końcu wyraz irytacji.

– Kim ty u licha jesteś, że nazywasz mnie tatą?

– Twoim synem, zwariowałeś czy co?

– Ja nie mam dzieci u diaska, co się z wami dzieje? Czy to jakiś żart?

Abstrakcja wyszła zza rogu i zasalutowała do chłopca.

– Cześć Słowik. Mnie tata również nie poznał. Twierdzi, że nie zna naszej mamy. – dziewczynka zagajała do chłopca.

– Czekaj, nazywasz się Słowik?

– Tak, mama wybrała mi to imię, chociaż Tobie się nie podobało.

Wtem uświadomiłem sobie co się właśnie wydarzyło. Od kilku dni czytałem książkę o ptakach, które otrzymały dar uśmiechania się. Cała abstrakcja polegała na tym, że ktoś wstawił im w dzioby, ludzkie uzębienie. Książka w istocie rzeczy była abstrakcyjnym dziełem. Autor nazywał się Tomasz Racja.
Te fakty, zespolone ze sobą dały mi do myślenia, że może to po prostu sen.
Odwróciłem się od dzieciaków i wbiegłem po schodach na pierwsze piętro, do sypialni.
W łóżku leżałem ja, zawinięty w kołdrę jak banan w naleśnik. W twarz wciśniętą miałem książkę o ptakach, które się uśmiechają. Lampka nocna jarzyła się przez całą noc.
Stałem tak dłuższą chwilę i zastanawiałem się jak obudzić prawdziwego siebie.
W chwilę później do moich nozdrzy dotarł zapach spalonych tostów. Zbiegłem więc na dół i chcąc wykonać zamaszysty krok z ostatnich dwóch stopni, potknąłem się o zwinięty dywan uderzając głową w ścianę.

Usłyszałem Epitafium Seikilosa. Zrzuciłem się z łóżka i zbiegłem na dół. Otworzyłem drzwi i ujrzałem strażaka.

– Dzwonię do pana od kilkunastu minut. Dom pańskiego sąsiada się pali. Musimy ewakuować wszystkich w pobliżu. Proszę ubrać spodnie i pójść ze mną.

W całej okolicy było gęsto od dymu, który przyprawił mnie o duszności. Ubrałem spodnie i wziąłem ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy. Strażacy walczyli z płomieniami u sąsiada, którego dom położony był zaledwie dwadzieścia metrów od mojego.
Wyglądało to bardzo źle. Stałem tak dłuższą chwilę, wsłuchując się w skwierczący, niszczycielski żywioł. Nagle coś wybuchło. Fragmenty garażu rozsypały się po okolicy i wiele niewielkich części domu sąsiada wystrzeliło jak pociski armatnie w moją stronę.
Ostatnim ułamkiem świadomości widziałem lecącą w moją stronę lampkę nocną, wykonaną z jakiegoś metalu. Była solidna, tyle mógłbym powiedzieć.

Znów usłyszałem dźwięk znajomej melodii. Ktoś dzwonił do drzwi wskrzeszając Seikilosa. Przerwałem golenie i zbiegłem by otworzyć. W drzwiach stała dziewczynka. Mogła mieć dziesięć lat na moje oko. Jej glonowa sukienka nie przypadła mi do gustu.

Któregoś dnia, roku bodajże dwutysięcznego siedemdziesiątego czwartego, przeczytałem pewien artykuł w gazecie codziennej. Głosił on nową filozofię życia po śmierci.
Autor twierdził, że po śmierci trafiamy do świata ostatniego snu.
Spodobała mi się ta koncepcja. Opowiedziałem o niej mojej żonie, która skonstatowała:
„Dobrze, że nigdy nie śnią ci się koszmary.”.
Za oknem rosła topola, a na niej ptaki uśmiechały się i szczerzyły swoje śnieżnobiałe uzębienia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s