Kraj zagadka

Mężczyzna dygotał calusieńki. Ławka na której siedział, pomimo betonowych nóg, którymi przytwierdzono ją do gruntu stałego, trzęsła się wraz z nim.
Niewzruszony, jak to ja, podszedłem do jegomościa.
„Czy z panem wszystko w porządku?” – zapytałem.
Wtem para prysnęła mu z ust, omal mnie nie opluł. Pomyślałem, że muszę mu pomóc, pewnie ma padaczkę, a to właśnie atak.
Rzuciłem się w jego stronę, czapkę rozłożyłem na jednym końcu ławki, żeby miał miękko pod głową kiedy będę go trzymał. Już miałem gościa za barki szarpnąć, a on zwrócony w moją stronę krzyknął.
„Co pan robisz?!”.
Oniemiałem, po chwili odpowiedziałem.
„Pomóc chciałem, myślałem, że ma pan jakiś epileptyczny atak.”
Wybałuszył oczy, piana wciąż leciała mu z ust strużką, skapując po kanciastej brodzie na buty. Twarz miał kwadratową, nienaturalnie jak na moje oko.
„Nie widzisz pan, że ja bulgoczę?”.
Co za świr, pomyślałem i uśmiechnąłem się do niego jak najszerzej mogłem. Wiem, że sam przypominam wariata kiedy się tak uśmiecham. Trafił swój na swego, może mu raźniej będzie.
„Jaśnie pan wybaczy moje gorączkowe zachowanie.”
Spojrzał na mnie gniewnie, uniósł lekko głowę w geście wyższości i powiedział.
„Jaki tam jaśnie pan, Zenon jestem. Proszę mi mówić Zelek, tak żona mnie nazywa i każdy kto mnie zna. Nic się nie stało, chciałeś pan dobrze, nie wyszło. Wybaczam, ale pobulgoczę jeszcze bo jestem zły.”.
Wychodzi jak zwykle, mówię do siebie w duszy. Zobaczymy o co mu chodzi.
„Więc Zelek, Mateusz. Możesz mi mówić Mati, nikt mnie tak nie nazywa, ale ujdzie. Co cię tak zeźliło?”.

„Rząd, ten cholery rząd. Wszystko robią na opak. Człowiek pracujący jestem. Popatrz, o spójrz na te ręce.” – zaczął obracać swoje dłonie w odległości kilku centymetrów od mojej twarzy.

„Całe życie przerobiłem. Nie lekko, nie tak jak to teraz. Siedzą te osły, barany przed monitorami i klikają. Jak mój syn, jeden z drugim. Barany. Teraz już stary jestem, o, tyle wiosen przeżyłem, że już nawet nie pamiętam. Idę na zakłady, mówię im, że już dłużej nie dam rady. Na spoczynek bym poszedł, może pojechał gdzieś. Helenkę bym zabrał do Grecji, zawsze chciała pojechać. Oni mi na to. Zelek, jeszcze pięć lat ci zostało. No szlag by ich jasny trafił. Za co, za jakie grzechy. Człowiek starej daty jestem, ale marzenia wciąż mam. Ateny bym zobaczył, pomnik Jezusa w Brazylii. Ciągle mnie rwie do świata. Nigdy nie mogłem. Tu dzieci, tu nowa chałupa, remont. Pieniądze, zawsze pieniądze. Teraz siedzę tu i bulgoczę bo mnie okradają z ostatnich lat życia. Te lata, one cenniejsze niż ta miedź co mi kieszenie zawala.”

Ciężko mi się jakoś na sercu zrobiło, chociaż słyszałem podobne historie. Powiedziałbym, że tu gdzie żyjemy tak już jest. Taki świat, taki system, taka droga, takie zdrowie, w końcu, takie życie i nie inna śmierć. Zelek jest jednym z tysięcy. Niewielu bulgocze jak on, ludzie się godzą. Cholera już wie czy to dobrze. Co mu innego zostało, myślę sobie.

„Szkoda nerwów Zelek. Widzisz, młody jestem, ale swoje wiem. Po dupie dostałem, nie raz. Mówią mi, uciekaj, nic cię tu nie czeka. Ja nie potrafię, boję się. Patrzę, ludzie smutni, przygnębieni, niosą te niewidoczne gołym okiem ciężary. Po tobie to widać. Reszta się słania, nikt nic nie mówi. Sam już nie wiem jak żyć.” – odpowiedziałem mu.

„Żyć po prostu młody, żyć. Ty jeszcze na księżyc możesz polecieć. O, tam naszego dawno nie było. Leć, latają teraz często. Ja bym poleciał. Zobaczył tę kulkę z góry, nasikał wszystkim na głowy. Tym darmozjadom z zakładów, o jak oni mnie zdenerwowali.”

Siedziałem już tak chwilę z tym starszym mężczyzną i zadumałem się. Co by to było gdybym na ten księżyc poleciał. Właściwie to wcale mnie takie latanie nie interesuje. W góry bym pojechał. To akurat z przyjemnością. Zelek sprowadził mnie na ziemię.

„Wracam już do Helenki. Wybulgotałem z siebie całą złość. Jakoś to będzie. Jeszcze pięć wiosen i Rio. Bywaj młody. Pamiętaj, żyj.”

Zelek wstał, był już całkowicie opanowany. Oschłe było nasze pożegnanie, wciąż błądziłem poza ławką. Gdzieś daleko. Rozmarzony. Po kilku minutach zorientowałem się, że w miejscu na którym siedział mężczyzna, leży zwitek papieru. Podniosłem papierek, rozwinąłem go.
Kupon, zdrapka. Takie cholerstwa sprzedają w kioskach za złotówkę. Raz kozie śmierć, pomyślałem i zdrapałem srebrne wisienki. Pierwsza nic nie dawała, było pięć. Trzy kolejne były takie same jak pierwsza. W końcu odsłoniłem pięć niewiadomych, każda taka sama. Odwróciłem papierek, instrukcja oznajmiała, że im więcej powtórzeń tym większa wygrana. Zjechałem na numerek pięciu takich samych wisienek. Sto tysięcy złotych. Rany boskie, Zelek wygrał sto patyków. Jak ja go teraz znajdę żeby mu o tym powiedzieć?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s