Przysługa

Bywa i tak, że trzeba być po prostu i milczeć.
Dopóki w zasięgu wzroku jest coś na tyle interesującego jak obraz Pissarro, można milczeć dłużej niż wypada.
Nie będę jednak pisał o tym obrazku. Interesujący może i był, lecz nie gra tu żadnej roli.
Bynajmniej, malarz z brodą utaplaną w farbie wybaczy mi tę zniewagę.

Co też w głowie miała ta filigranowa istota. Siedziała wyprostowana jak do portretu, jak z kijem w dupie, za przeproszeniem. Ostrą bródkę wyciągnęła ku górze, nosek zadarła. Cała była jak od linijki narysowana. Poukładana na zewnątrz jak kalendarz księgowego.
Jak tu wierzyć pozorom, jak tu cokolwiek z wierzchu ocenić. Ja ją znam i mówię Wam jak poseł niosący słowo. Większej wariatki nie spotkałem.
Może dopiero kiedy zajrzy się jej w oko, dojrzeć można błysk furii. Jak bitwa racławicka jest jej spojrzenie. Bez kosy nie podchodź, tak mówi.

Poznaliśmy się w szpitalu. Jak sięgam pamięcią był to czerwcowy wtorek. Słoneczny, letni już niemal dzień. Za oknem ulice zawalały samochody, chodniki piesi, trawniki psy, a drzewa ptaki. My leżeliśmy na oddziale chorób zakaźnych, odizolowani od świata zewnętrznego. Trawił nas ten sam wirus i ta sama choroba łamała w kościach – miłość.
Brak mi teraz słów by opisać jak głupi byłem w tamtych dniach. Głupota nie przesłoniła mi jednak oczu, więc patrzyłem wnikliwie.
Początkowo nie zwróciłem uwagi na swoją sąsiadkę, która zlewała się z pościelą szpitalnego łóżka. Szczerze powiedziawszy, w ogóle jej nie zauważyłem, tak drobna była.
Gdyby nie fakt, że pielęgniarki zaglądały do nas kilka razy na dobę by sprawdzić stan kroplówek, nie wiedziałbym, że na sali jest ktoś jeszcze.
Szpitalne, dobre duchy skrobały na kartach zawieszonych u końców łóżek jakieś cyferki i wychodziły. Czasem któraś uśmiechnęła się delikatnie, z udawaną czułością.
Ciężko przejmować się każdym, a my wyglądaliśmy jak ogryzki. Kupa kości obleczona skórą – wapniaki.
Kiedy już dojrzałem kobiecinę leżącą w łóżku położonym kilka metrów od mojego, oniemiałem z radości. Cisza była mordercą mojego umysłu. Nadszedł czas by przebudzić aparat mowy i powiedzieć coś mądrego.
Zacząłem więc mówić do tej suchej istoty. Mówiłem powoli i ściszonym głosem bo jak się okazało, można oduczyć się wszystkiego.
Nie zadawałem pytań, traktowałem swoje monologi jako rodzaj treningu. Gdybym mówił do siebie, wyszedłbym na czubka. Kiedy mówiłem do niej, byłem czubkiem, ale nikt na to nie zwracał uwagi. To było moje usprawiedliwione, oczyszczanie ducha.
Nazywałem ją Rokoko, nie mam pojęcia dlaczego i skąd mi się to wzięło.

– Słuchaj Rokoko, jestem ostatnio jakiś osowiały, nie wiem czy to zauważyłaś. Czuję się jak sowa, która zrzuciła wszystkie pióra i jest goła. Widziałaś kiedyś nagą sowę? Ja też nie, dlatego mi tak głupio. Jeżeli za dużo gadam to daj mi znać. Nie musisz nic mówić, wystarczy, że wykonasz jakiś gest. Na przykład mrugniesz dwa razy, możesz beknąć, albo pokazać mi środkowy palec. Dam ci spokój na kilka godzin, potem zapomnę, więc musisz pamiętać żeby wykonywać ten gest zawsze kiedy ci przeszkadzam.
No nic. Wracając do sowy, to strasznie depresyjne uczucie.

Nawijałem tak godzinami. Mówiłem o pogodzie, o nastroju, o samochodach i architekturze. Ona leżała na plecach ze wzrokiem wbitym w sufit i wszystkiego słuchała. To było motywujące, mieć jakikolwiek posłuch. Nawet taki odbity echem liczy się kiedy człowiekowi doskwiera samotność.
Kiedy zaczynałem odczuwać fizyczne zmęczenie i przestawałem mówić, ona wzdychała głęboko i zamykała oczy.
Spędziliśmy w jednym pokoju cztery miesiące. Ja zacząłem dochodzić do siebie.
Powoli nabierałem wagi i witalności. Lekarz, który opiekował się naszą dwójką chwalił moje kolory na twarzy i błysk w oku.
„Wraca pan do świata żywych” – powtarzał.
Nie miałem pojęcia czym jest świat żywych i co mnie czeka po drugiej stronie szyby, wśród tych aut, psów i ludzi z ptakami nad głową. Zapomniałem o wszystkim.
Rokoko była w gorszej formie, ciągle podawano jej kroplówki wzmacniające, a liczba numerków na karcie pacjenta praktycznie się nie zmieniała.
Przyznam szczerze, że martwiłem się o nią wtedy. Nie odezwała się do mnie słowem, a jednak czułem, że znam ją na wylot. Bardzo się myliłem, nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu.

Nastąpił dzień mojego wypisu ze szpitala. Otrzymałem torbę z ubraniami. Miałem się przebrać w łazience. Samodzielność sprawiała mi sporo trudności.
Zarzuciłem na siebie wszystko co nosi przeciętny człowiek wychodząc z domu i wróciłem na salę.

– Rokoko słuchaj. – patrzyłem jej prosto w oczy, lecz ona odwróciła wzrok w przeciwnym kierunku i ubrała twarz w grymas. – Obiecuję, że będę cię odwiedzać, przeszmugluję nawet coś słodkiego. Może coś upiekę jeśli jeszcze potrafię, opowiadałem ci o jabłeczniku. No, a teraz idę bo mi jeszcze wystawią rachunek za nadgodzinowy pobyt.
Wpadnę pojutrze. Do zobaczenia.

– Teresa. – miała piękny, mięciutki głos. – Mam na imię Teresa.

– Rany boskie, co za piękne imię. „Tereska” – pomyślałem.

Dotknąłem jej czoła, było ciepłe. Wiedziałem, że odzyska siły.

– Idź już sobie i nie zapomnij jabłecznika następnym razem.

Uśmiechnąłem się mimo woli. Tyle radości sprawiło mi te kilka słów, które pomimo pretensjonalnego tonu rozświetliły mój dzień.

Wiele wody upłynęło w Odrze od tamtego dnia. Dziś Tereska poprosiła mnie o pomoc.
Chciała wyjechać z kraju. Pojechać na wschód, zgubić świat i zacząć pisać nową historię.
Jakkolwiek by to nie brzmiało, rozumiałem ją doskonale.
Mnie również po głowie chodziła ucieczka od błędnej rzeczywistości. Gdyby nie fakt, że byłem uwiązany, rzuciłbym, że pojadę z nią.
Nie powiedziałem jej tego.
Mieszkała w domu, który odziedziczyła po rodzicach, w samym centrum miasta. Dom był potężny i wymagał stałej opieki. Tereska była ostatnią osobą na świecie, która na własną rękę podjęłaby się organizacji wynajmu. Poprosiła mnie więc o zajęcie się tym. Oczywiście, przystałem.
Siedzieliśmy teraz w galerii i milczeliśmy od dłuższej chwili. Oboje wiedzieliśmy, że świat zmierza w złym kierunku. Nie stawialiśmy mu czoła dość mocno, zaczęliśmy trwać gdzieś we wszechświecie tak żeby być i cieszyć się życiem póki można.

– W sumie. Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. – przerwała ciszę.

– Co tylko zechcesz Teresko, wiesz, że możesz na mnie liczyć.

– Pojedź ze mną.

Zdjąłem znużony wzrok z obrazu i spojrzałem na Teresę, która teraz siedziała zwrócona w moim kierunku. Wciąż prosta jak strzała. Przenikliwe było jej spojrzenie i pełne niepewności, zaciśnięte wargi. Takiego scenariusza obawiałem się najbardziej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s