Idź i błądź

[ Fragment opowiadania Życie jest piękne ]

 

Miasto kąpało się w promieniach zachodzącego słońca. Swojski, wiosenny deszcz spryskał ulice o poranku, więc teraz asfalt rzucał błysk na ślepia przechodniów.
Nie dało się jeszcze poznać czy to już wiosna, czy zaraz pąki wybuchną w harmonii na drzewach, a ptaki zaświergoczą radośnie, skryte w ich cieniu.
Wszystko na to wskazywało, pogoda na ludzkich twarzach, przychylnie błękitne niebo, smagane lekkim obłokiem, słodki smak powietrza i pączki z marmoladą, które smakują tak tylko na wiosnę.

Krokiem pewnym, osobistym podążałem wąskimi uliczkami, które ktoś zaprojektował specjalnie dla mnie. Tak, abym mógł skrycie przedostać się na drugi koniec centrum miasta, skąd odjeżdżają autobusy. Późnym popołudniem zgiełk narasta do poziomu, w którym brak swobody.  Ludzie forsują się ulicami w pogoni za czymś. Wracają do domów, spieszą na obiady, do dzieci, do nowych obowiązków, biegną ku przyszłości, której nikt nie zna, a każdy śmiało o niej myśli.
Każdy po swojemu, czasem wstydliwie, z lękiem i przestrachem. Innym razem butnie, bez skrupułów. Majaczy przede mną brama z portykiem, całkiem ładna.
Wszystko tu jest ładne, no może za wyjątkiem śmietników, takie czarne potwory wyrastają z ziemi. Odpychają, a nie powinny.

Dzieci wracają ze szkół, zadbane i niewinne. Czyste i bystre, takie powinny być dzieci. Beztroskie być powinny. W dzieciństwie nie ma miejsca na troski, trzeba poznawać świat od dobrej strony.
Na chwilę odleciałem do dzieciństwa, a tu niespodzianie ktoś macha do mnie z okna.
Ręką gestykuluje by podejść. Kimś jest kobieta, starsza, lecz świeża. Taka jak pieczywo o świcie, wyjęte na czas z pieca. Może pomóc jej okno otworzyć, czy jaki czort. Podszedłem więc do okna. Twarz miała śniadą i promienną jak te zachodzące słońce. Oczy szkliste, zdrowe, otwarte na oścież, w przeciwieństwie do okna.

Stałem na baczność przed jej framugą, przed nią samą po drugiej stronie. Ja na ulicy, ona w domu, nieznanym i niezbadanym.
Chwilę tak patrzyliśmy się na siebie i ona ni drgnęła. W końcu zaczęła mówić, tak mi się zdawało. Jej usta poruszały się wolno, lecz ja nic nie słyszałem.
Szum aut w bliskiej dali, że kątem oka mogłem je dostrzec, zagłuszał wszelki dźwięk tutaj. Patrzyłem na jej usta, napięte, a zmarszczone.
Minutę mi zajęło nim spostrzegłem jej gesty, machała rękami. Układała dłonie i palce w jakieś znaki, symbole, nic na moją głowę. Migi to były, tak wyczytałem.
Zrozumiałem, że powtarza jedno zdanie. To zgniatała orzecha w pięści, to wskazywała w niewiadomym kierunku. Nic nie mogłem zrozumieć, więc skupiłem się jak mogłem i patrzyłem na te ruchy.

Pięść, góra, dwa palce, koło, ja, bąbelki, pięść i ona.
Nie rozumiałem jej, ale sięgnąłem do góry, do zasuwy okna, obdartej z farby koloru białego. Jednym ruchem ściągnąłem ją w dół i okienko zaskrzypiało.
Odepchnęła mnie gestem kawałek i pchnęła od środka. Ramy otworzyły się i z wnętrza buchnęło ciepło domowego paleniska. Zapach drewna i zboża.
Palcem wskazującym nakazała mi czekać, więc stałem chwilę, a ona zniknęła gdzieś w czeluściach swojego mieszkania.
Pięć minut ubiegło nim wróciła i podała mi sztywną kartkę. Pocztówkę z panoramą miasta na awersie. Z drugiej strony pisała:
„Mam na imię Sophia, choroba zabrała mi mowę kilka lat temu. Dziękuję za pomoc przy oknie. Zechcesz wejść na herbatę?”
Dwa razy nie trzeba powtarzać. Kiwnąłem głową, a ona znów nakazała mi czekać.
Po chwili drzwi na lewo otworzyły się, a Sophia szarmancko zaprosiła mnie do środka.

Sień była mała i wilgotna, salon zaś do którego mnie zaprowadziła, zupełnie odwrotnie, rozległy, wysoki i ciepły. Usiadłem przy stole, a kobieta zaparzyła wody w stalowym garnku, który pamiętał lata wojny.
Podała dzbanek do stołu, filiżanki, srebrną cukiernicę ze srebrną łyżeczką Olympia oraz kufelek mleka.
Podziękowałem skinieniem głowy i zorientowałem się, że sam milczę odkąd pamiętam.
Nalałem herbaty, dolałem mleka i napiłem się łapczywie. Uśmiechnęła się na to.
Po przeciwległej stronie stołu leżała książka. Stara i obdarta z okładki. Była gruba i kilka stron widocznie nie trzymało się już całości.
Sophia położyła na niej dłoń, sięgnęła po kartkę papieru, pióro i usiadła na krześle obok.
Zaczęła pisać.
„To jest moja książka. Piszę ją od piętnastu lat. Zawsze marzyłam żeby napisać i wydać książkę. Ten egzemplarz jest szczególny. Mój mąż był introligatorem, zrobił ją dla mnie jeszcze kiedy byliśmy młodzi. Zaczęłam pisać rok po jego śmierci i niedługo skończę. Czy smakuje Ci herbata?” – gestem wskazała żebym śmiało mówił.

– Jest pyszna, dziękuję pani pięknie. O czym jest książka?

„Piszę o tym, że na każdą dziurę jest jakaś pokrywka. Na każdą ranę jakieś lekarstwo i każdy grzech można wybaczyć. Piszę o swoim życiu, które było dziurawe jak ser. O tym jak dziewczynka znalazła sens i stała się kobietą. Jak szukała szczęścia i znalazła zrozumienie. Nikt tego nigdy nie przeczyta, same gnioty. Jak masz na imię?”

– Mateusz. Ciężko się wymawia. – wnet zorientowałem się, że walnąłem gafę – Przepraszam. To brzmi bardzo pięknie, zaręczam, że każdy chce poznać tę historię. Ja już nie mogę się doczekać, aż zobaczę ją na półce w księgarni i zapłacę każdą cenę żeby ją mieć.

Pisała dalej.

„Ładnie brzmi, pewnie nawet gdybym mówiła nie zdołałabym go poprawnie wypowiedzieć. Zdaje mi się, że już je kiedyś słyszałam. Być może, kiedy byłam młoda. Nie wiem nawet czy uda mi się ją dokończyć. Tyle mam jeszcze do napisania.”

– Niech pani pisze i się nie poddaje. Niech pani to skończy i będzie pani dumna, proszę mi wierzyć. Muszę już iść, przykro mi, że nie mogę z panią dłużej posiedzieć, lecz mam spotkanie. Herbata była cudowna, a pani jest niesamowita.

„Dobry z Ciebie chłopak. Przyjdź kiedyś jeszcze na herbatę. Dobrze jest porozmawiać z kimś młodym i pełnym energii. Zapomniałam już jak to jest.”

– Z największą przyjemnością wpadnę na herbatę i może da mi pani przeczytać jakiś ulubiony fragment. Byłbym zaszczycony.

Pożegnałem się z nią w niezręczny sposób, salutując po amerykańsku. Uśmiechała się i machała mi długo, jak obracałem się już w dole uliczki na której mieszkała.

Nazajutrz, wracając z pracy przechodziłem tą samą trasą co zawsze. Chciałem zobaczyć jak Sophia macha do mnie i tym samym prosi o pomoc przy oknie.
Zobaczyłem dwójkę młodych ludzi pogrążonych w zadumie. Stali w przedsionku, przy drzwiach otwartych na oścież. Palili papierosy i milczeli. Oboje osnuci tajemnicą skrytą pod grubymi kapeluszami.

– Dzień dobry, czy coś się stało? – zapytałem pierwszego.

– Dzień dobry, kim pan jest i dlaczego pan pyta?

– Mieszka tu Sophia, moja znajoma. Obiecałem jej, że wpadnę na herbatę.

– Jestem jej synem, nazywam się Jeremy, to mój brat Daniel. Nasza matka zmarła dziś nad ranem. Jej przyjaciółka zawiadomiła nas kiedy przyszła ją odwiedzić.

Ścięło mnie w nogach. Ciśnienie opadło do granic możliwości i sprawiło, że poczułem się słabo. W ostatniej chwili Jeremy złapał mnie za ramię i powoli pomógł usiąść na chodniku. Podał mi papierosa, odmówiłem. Życie przeleciało mi przed oczami.
Spędziłem z tą kobietą zaledwie pół godziny przy herbacie, a czułem jakby była częścią mnie od zawsze i jej strata zmieni moje życie. Sprawi, że nigdy nie będę taki jak byłem wczoraj czy choćby dziś rano. […]

Minęły miesiące odkąd poznałem Sophię Jefferson. Przechodziłem tego dnia obok znajomej, narożnej księgarni i dojrzałem jasną okładkę książki, która nijak nie mogła nie wpaść mi w oko. Wszedłem i wziąłem pierwszy egzemplarz z wystawy, ignorując złowieszczy wzrok pracownika.
Zapłaciłem i wyszedłem z książką pod pachą.
„Idź i błądź” – Sophia Jefferson.

Z zapartym tchem czytałem ostatnie zdania tego samego wieczoru.
„Nadine uśmiechnęła się do lustra. Była dumna z siebie i swojego życia. Miała tę dumę w spojrzeniu, choć nie zawsze tak było. Musiała zdać sobie sprawę, że nie to kim jest, nie to kim się stała, uczyniło ją szczęśliwą. To za sprawą marzeń poczuła, że życie, choć bywa niesprawiedliwe i gorzkie, pokochało ją z wzajemnością. Była młoda, piękna i mogła wszystko. Obiecała sobie, że już nigdy nie będzie się martwić.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s