Każdy zna, smak migdałów

W dziecięcym foteliku siedział Jan. Miał może trzydzieści, może sześćdziesiąt lat.
Nie sposób ocenić wiek człowieka o tak charakterystycznych rysach twarzy, jak jego.
Fotelik miał wygięte w banana nogi, więc Jan korzystając z funkcji bujania, oddawał się z wolna, monotonnym ruchom; przód tył.
Postury był wątłej, ręce miał jak kolby kukurydzy, a nogi jak pistacjowe gałązki, także dziecięcy fotelik był dlań w sam raz.
Wracając do twarzy Jana, otóż nietuzinkowość jego urody polegała na delikatności. Porcelanowa cera, muśnięta różowym rumieńcem, pokryta była płyciutkimi zmarszczkami. Jakby ktoś nicią odbijał mu te rowki na całej twarzy za życia, chcąc go nieudolnie okaleczyć. Zliczyć ich nie sposób, tym bardziej, że Jan poruszał się bez ustanku. Całymi dniami tak bujał się w swoim dziecięcym foteliku.

Pewnie zapytacie, kim jest Jan.
Niewiele mogę Wam opowiedzieć o jego życiu, pojawia się czasem w moich snach. Potem przepada na długo i wraca, żeby o sobie przypomnieć.
Właściwie, nawet nie wiem jak się nazywa. Mianowałem go Janem bo to imię pasuje do niego najbardziej.
Piszę dziś o nim, wracając wspomnieniami do naszego pierwszego spotkania.
Zawsze wchodzę do jasnego pomieszczenia, otoczonego rzędem potężnych okien, przez które światło pada na twarz Jana.
On siedzi i nie ma wzroku, jego oczy zawsze są zamknięte. Ma zaciśnięte wargi przez które próbuje z początku coś powiedzieć. Potem się poddaje, a ja odnoszę wrażenie, że są zalepione. Może jakiś skurcz mięśni w szczęce trzyma go tak mocno, że nie pozwala uronić słowa.
Uszy ma wielkie, trochę do niego nie pasują, ale zauważam to dopiero po przebudzeniu.
Nos z kolei mocno zadarty do góry, lecz drobny, kobiecy. Ściąga go jak pies tropiący w takt bujania.

Raz jeden wszedłem do pokoju, w którym zawsze spotykałem Jana. Za oknami było już ciemno, niebo było puste, bezgwiezdne, bezksiężycowe i beznamiętne, po prostu było.
Jan miał otwarte oczy i szczerzył swoje zęby.
Nie patrząc na mnie wykrzyknął:

„GDZIE SĄ MOJE MIGDAŁY?!”

Wtedy ja włożyłem rękę do kieszeni marynarki i na jej dnie znalazłem papierową paczkę. Odwinąłem papierek, a z wnętrza zapachniały zduszone, prażone migdały.

„Tutaj, ja je mam.” – grzecznie odpowiedziałem Janowi.

„DAJ MI JE!”

Jan nawet na mnie nie spojrzał, cały w swojej wymowie był pretensjonalny i wymagający. Nie przestawał się bujać.
Podszedłem do niego i wręczyłem mu pakunek. Wziął go do ręki i jakby powietrze zgęstniało w chwili. W stanie nieważkości położył torebkę z migdałami na swoim kolanie.

„GDZIE SĄ MOJE MIGDAŁY?!”

„Tutaj, na twoim kolanie” – zaczynałem się niecierpliwić.

„TAK, TU SĄ. CHCESZ MIGDAŁA?”

„Tak, zjadłbym.” – wydawało mi się, że mam ochotę na te migdały.

„WIESZ JAK SMAKUJĄ MIGDAŁY?”

„Tak, wiem. Jadłem migdały w życiu.”

„JESTEŚ MĄDRY. OPOWIEDZ MI JAK SMAKUJĄ MIGDAŁY”

„Są nieporównywalne. Ni to słodkie, ni to gorzkie, każdy smakuje inaczej i nie można zjeść ich za dużo na raz. Trzeba robić sobie przerwy.”

„WEŹ SOBIE MIGDAŁA.”

Wyciągnąłem rękę po torebkę, już ująłem ją w dłoń kiedy zorientowałem się, że nie mogę jej oderwać od kolana Jana.
Paczuszka pełna migdałowych orzeszków stała się tak ciężka, że niczego nie mogłem zrobić.

„NIE UNIESIESZ WSZYSTKICH. WEŹ JEDNEGO. NIE BĄDŹ ZACHŁANNY!”

Spojrzałem na Jana ni to zdumiony, ni zdezorientowany. Usłuchałem go jednak i wyjąłem z wnętrza torebki jednego, podłużnego migdała.
Przyglądałem mu się dłuższą chwilę i wrzuciłem go do ust. Smakował jak migdał, był zwyczajnie dobry.

„TE MIGDAŁY TO ŻYCIE. TAK SMAKUJE ŻYCIE. CZUJESZ?”

„Życie smakuje jak migdały?”

„TAK. NIE MOŻESZ ZJEŚĆ ZA DUŻO NA RAZ. MUSISZ ZROBIĆ SOBIE PRZERWĘ.”

„Nie rozumiem.”

„JESTEŚ MĄDRY. ZROZUMIESZ JUTRO.”

Skończyłem przeżuwać resztki w ustach. W chwili zrobiłem się pełny, nie wcisnąłbym w siebie niczego więcej. Coś uderzyło w okno, to był ptak. Gołąb nie zauważył szyby. Odbił się od niej i spadł w nicość. Moja świadomość nie wybiegała poza granice tego pokoju.
W następnym momencie zrobiło się jasno.

„IDĘ SPAĆ. PAMIĘTAJ O MIGDAŁACH.”

Jan zamknął oczy i zacisnął usta. Mnie po głowie chodziły migdały. Wyszedłem z pokoju i tym samym, obudziłem się. Był środek nocy.
Spojrzałem na telefon. Po północy wyskoczyło sześć powiadomień; zrób to, zrób tamto, jeszcze to i jeszcze tamto.
„Ja pierdziele” – pomyślałem. Nie przejem tych wszystkich migdałów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s