Jej ogród cz. X „Światłość wiekuista”

Poranna bryza, jeszcze na chwilę przed świtem, otula ciepłym strumykiem powietrza. Hipnotyzujący szum gładkich fal. Krzyki mew gdzieś nad głową. Rozrzucone na całej powierzchni wybrzeża, bukiety glonów.
Wszystko to napawa spokojem, usypia i gładzi zmysły. Takie morze pozostanie w mej pamięci do końca życia, kadrem trwalszym niż jakiekolwiek zdjęcie czy obraz.

Teraz żegnałem się już z Yannem. Nie byłem w stanie wyrazić wdzięczności jaką sobie zaskarbił. Kiedy ktoś uratuje nam życie, zostajemy z nim na zawsze połączeni.
To coś na podobieństwo przeszczepu organów. Zawierzono im nasz byt, jego ciągłość.
To więcej niż można sobie wyobrazić. Tak się czułem względem Yanna, starego człowieka z nad morza. Doktora Hemingwaya.
Uścisnęliśmy sobie ręce i ruszyłem w wyznaczonym kierunku, do centrum.
Stamtąd miałem złapać busa do Montpellier, żeby w mieście przesiąść się na pociąg do Lyonu. Kilka godzin podróży i będę na miejscu.

Byłem wciąż mocno przemęczony, więc większość trasy przespałem z głową wspartą o szybę. Wysiadłszy z pociągu na dworcu w Lyonie, zaszedłem do małej budki, w której sprzedawano świeżo wypieczone, francuskie ciasteczka.
Małe kwadraciki, wypełnione jagodowym nadzieniem. Nie pożałowałem, bo te okazały się pyszną przekąską. Przy okazji podniosły mi poziom cukru i od razu poczułem się lepiej.
Niemrawy bon ton taksówkarz, zawiózł mnie pod apartament.

Wgramoliłem się na drugie piętro, włożyłem klucz do zamka. Otwarte.
Delikatnie pchnąłem drzwi i skradając się przekroczyłem próg. Obracałem się we wszystkie strony energicznie, sprawdzając czy nikt nie czyha na mnie za rogiem.
– Wychodź gnoju, mam giwerę! – wykrzyknąłem przez zaciśnięte zęby, żeby nie można było poznać strachu w głosie.
Było pusto. Walizka leżała na środku pokoju, kompletnie wytrzepana z zawartości. Kilka szuflad i szafek w salonie stało otworem, jednak wszystkie były puste.
Miałem trochę głupiego szczęścia, że wychodząc, zostawiłem laptopa pod poduszką.
Przez całe życie nie zrobiłem podobnej rzeczy. Jak by się jednak zastanowić, kto szukałby czegokolwiek pod poduszką.
Kto szukał tu czegokolwiek, w ogóle.

Uprzątnąłem mieszkanie, zaparzyłem rumianek w imbryku i wziąłem zimny prysznic dla odświeżenia. Mogłem już zdjąć bandaż, rana wyglądała jakby niedługo miała się zagoić.
Od dziecka miałem zdolność do szybkiej regeneracji.
Będąc w Montpellier wstąpiłem do dyskontu, w którym nabyłem dwie zwiewne koszule, parę bawełnianych spodni i brązową pilotkę.
Ubrałem się w to wszystko, mimo, że zajeżdżało używką.
Wypiłem filiżankę zaparzonego rumianku, który rozgrzał mnie od środka i wyszedłem z mieszkania.
Szybko dostałem się z powrotem na dworzec i szczęśliwym trafem, mój pociąg już stał na peronie.

Teyran przywitało mnie łagodnym, popołudniowym słońcem. Zaszedłem do centrum miasteczka, gdzie wcześniej rozpoznałem małą, lokalną kawiarnię.
Zamówiłem filiżankę café au lait, która między nami była okropna. Zrekompensował mi to mały biszkopcik, którego dostałem gratis. Wprost idealne, korzenne ciasteczko.
W kawiarni rozeznałem się jak dotrzeć w miejsce, którego szukałem.
Skierowano mnie na Avenue de Vendargues. Szybko odnalazłem ulicę i ruszyłem nią do samego końca miasteczka.
Znów te monotonne stepy, wypłowiałe, wręcz przepalone od ciągłego żaru słonecznego, trawy. Roślinność niby zielona, a jednak zachodziła mgiełką niskiego nawodnienia.
Minąłem potężną stajnię, gdzie na rozległym pastwisku spacerowały piękne konie, o szlachetnych sylwetkach.
Jeden z nich podszedł do niskiego płotu i nachylił głowę, jakby chciał się ze mną przywitać. Odpowiedziałem mu tym samym i pokazałem całe swoje uzębienie.
Ten z kolei zrozumiał mnie doskonale i odwzajemnił szeroki uśmiech.
Mądre stworzenia, piękne i mądre.
Dalej nie było już nic.

Krążyłem bezcelowo około dwóch godzin. Nic nie wskazywało na to żebym miał znaleźć scenę z witraża. Po trochu cała okolica przypominała ten pejzaż, lecz ciągle czegoś brakowało. Już miałem wracać do centrum żeby w końcu zjeść porządny obiad, kiedy moją uwagę przykuł. No właśnie, i to było wielce dziwne.
Po mojej prawej stronie ciągnął się rząd domów, od których poprowadzono linię wysokiego napięcia.
Na jednym z przewodów, naciągniętym sztywno nad ziemią, siedział potężny ptak.
Szarej barwy, z łysą głową i dużym dziobem. Sęp jak cholera.
Co tu u licha robi sęp?
Gdy zorientował się, że go dostrzegłem i zbliżam się powoli, wydał z siebie chrapliwy dźwięk, rozwinął skrzydła i pofrunął.
Leciał nisko nad ziemią, leniwie wymachując potężnymi skrzydłami. Instynktownie ruszyłem za torem jego lotu.
Po chwili ptaszysko zniknęło gdzieś za drzewami. Gdy tylko wyszedłem zza gęstej, miejscowej kępy, zobaczyłem, że ten krąży wokoło, jakby dojrzał zdobycz.
Ruszyłem z wolna w tamtym kierunku.
Jak w mordę strzelił, zza pagórka wyłonił się mój witraż. W całej swojej okazałości, stałem dokładnie w miejscu, w którym ludzie ze szkła składali swoje modły pod niebiosa.
Na grubym rzemyku przewieszoną miałem lornetkę, którą teraz podjąłem do oczu.
Wyglądałem tego co na horyzoncie. Wnet dojrzałem lekki zarys ciągnącej się na całej szerokości widzenia miedzy, oddzielającej dwa pasy zieleni.
Na północny wschód od niej stało rozłożyste, samotne drzewo. Na zachód z kolei, ciągnął się gęsty las.

Ptak wciąż zataczał koła wokół wzniesienia, tuż nad moją głową. Pomachałem do niego i ruszyłem w kierunku samotnego drzewa.
Niebo zabieliły bałwany chmur, a słońce skrywało się za ich zasłoną. Zrobiło się nieco wietrzniej na zupełnie otwartej przestrzeni. Delikatny, lecz dotkliwy chłód ogarnął mnie od wewnątrz. Pewnie zauważyliście, że dawno nie paliłem. Udało mi się mocno ograniczyć nałóg, jednak teraz. Naszła mnie taka ochota, że wyjąłem paczkę i odpaliłem bibułkę. Wciągnąłem rzęsiste, letnie powietrze z dymem i poczułem jak chwilowo wyostrzają mi się zmysły. Tak, aby chwilę później wprowadzić je w stan otępienia.
Zapiąłem pilotkę pod szyję i maszerowałem dalej, pośród niskich kęp trawy.
Potężnym drzewem był platan, którego korona była tak rozłożysta, że już z odległości kilkunastu metrów zasłaniała całą kopułę nieba.
Drzewo łuszczyło swoją skórę odsłaniając biel, beż i szarość swojego wnętrza.
Obszedłem je, pień miał kilka metrów szerokości. Wyglądało na jedno z tych prastarych drzew, które widziało więcej niż nam się może wydawać.
Zbliżyłem do niego swój oddech, jakbym chciał usłyszeć bicie jego serca, poczuć szum wody w jego żyłach i wtedy dostrzegłem coś dziwnego.
Moim oczom ukazała się delikatna, ledwo widoczna rysa, która nie była naturalną blizną drzewa. Od jednej ciągnęła się kolejna i tak dziesiątki malutkich linii, tworzyły sieć.
Sieć szybko przeistoczyła się w napis. Epitafium.


Gdy znów wypuszczę korzonki.
Posadź mnie w swoim ogrodzie.
Pozwól wiosną zrodzić pąki.
Niech cykl życia trwa w przyrodzie.

Elizabeth Geneviève Revel
14.05.1905 – 23.05.1995


Pod spodem w drewnie, zatopiono okrągłe szkiełko w kolorze czerwieni. Na nim z kolei wyryto drobnym szlifem, katolicki krzyż z jeszcze drobniejszymi napisami na każdej wolnej przestrzeni; Iesus Nazarenus Rex Iudaeorum.

Daty wyryte na drzewie nijak nie zgadzały się z datami życia Elizabeth, która spisała pamiętnik. Co ciekawsze, dziewczyna spisała słowa obrazujące to miejsce pochówku na ponad pięćdziesiąt lat przed narodzinami dziewczyny o tym samym imieniu i nazwisku.
Czyżby była trzecia Elizabeth Revel? Może jest ich jeszcze więcej?

Poczułem głęboko skrywaną melancholię, która wyciska wręcz łzy. Nie mogłem się powstrzymać i te napłynęły mi do oczu. Nie rozumiałem dlaczego płaczę. Czułem jedynie jak te gęste krople zbierają się w kącikach i puszczają strużką w dół. Ściekają po policzkach i szpicem brody upadają na suchą ziemię.
Jakimś równie nieznanym tchnieniem złożyłem ręce w geście modlitwy. Nie uniosłem ich do góry, wciąż trzymałem w dole, jednak złączone zakasanymi o siebie palcami.
Zacząłem odmawiać modlitwę za zmarłych, nie do końca świadomy co mnie do tego popycha. Skąd znałem słowa tej modlitwy? Z ksiąg. Nie. Z młodości? Niemożliwe. Modliłem się jednak. Nie da się ukryć, że słowa łączyły się w prośbę o wieczne odpoczywanie dla duszy Elizabeth Revel.
Na mrugnięcie powieki, niebo pociemniało. Nade mną zebrały się burzowe chmury, gęste, naładowane złością.
Zerwał się wiatr i zatrząsł koroną drzewa. Targało nim tak mocno, że musiałem objąć je najszerzej jak potrafiłem, podświadomie myśląc, że kiedy to robię, jemu nic się nie stanie.
Jakaś nieznana mi siła oderwała mnie od pnia i rzuciła na ziemię. Po chwili niebo rozbłysnęło milionem lumenów, oślepiając mnie całkowicie.
Kiedy otworzyłem oczy, strugi deszczu rozbijały się o ziemię. Gęsta warstwa liści okrywała jeszcze skrawek, na którym leżałem.
Samo drzewo płonęło, błyskawica trafiła je w pień i potężny płomień trawił je od górnej części. Prąd oderwał również najgrubszą, boczną gałąź platana.
Serce ścisnęły mi niewidzialne obcęgi i znów zachciało się płakać. Jednak nie uroniłem łez. Podniosłem głowę i spojrzałem w stronę lasu, który rozciągał się kilkaset metrów dalej.

W tamtej chwili uwierzyłbym już we wszystko, bez wyjątku. Nic by mnie również nie zdziwiło. Nie zdawałem sobie jednak sprawy co mnie jeszcze czeka i jak pochopny byłem w swojej pewności.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s