Językiem kosmitów

Środy mam wolne od zajęć. Żadnej pracy, żadnych obowiązków, mogę robić co mi się żywnie podoba. Rano zwykle wychodzę na zakupy.
W piekarni dostaję świeże pieczywo, na straganie owoce i warzywa. Paczkę papierosów na tydzień, kupuję w kiosku.
Dziś jest piękna, słoneczna środa. Przejdę się po sklepach, zjem śniadanie i pójdę na długi spacer z aparatem. Trzeba wykorzystać dzień, nie ma co się kisić w domu. Proste.

Ubrałem się lekko, zwiewna koszula, spodenki za kolana. Złapałem za plecak i wyszedłem z mieszkania. Od pewnego czasu na klatce schodowej unosił się swąd.
Jakiś osiedlowy lump sikał na półpiętrze. Kompletny brak smaku.
Zbiegłem szybko zaciskając palce na nosie i już byłem w drzwiach, kiedy ktoś stanął mi na drodze.
Człowieczek miał może pięć stóp wysokości, krasnal istny. W barkach był szeroki i w ręce nie brakowało mu krzepy na pierwszy rzut oka.
Czapka z daszkiem rzucała cień na krnąbrne spojrzenie i wielgachny nos.

– Hej ty, przyjemniaczku. Musisz mi tu pomóc. – odezwał się do mnie, wysokim tonem. Dukał przez nos, miał dziwny, nieznajomy akcent. Jakby z innej planety.

– W czym miałbym panu pomóc? – zapytałem go z udawanym zaangażowaniem.

– Rozklekotał mi się statek. Tam, gdzie rzeka. Potrzebuję, poczekaj, jak wy to nazywacie.
W tym momencie wyciągnął z kieszeni jakąś książkę. Na okładce narysowany był człowiek witruwiański, a od niego pociągnięta strzałka na kontur mniejszego człowieka witruwiańskiego. – WIERTARKI! O tak, masz taki narząd?

– Proszę pana, mam wiertarkę. Mogę ją panu pożyczyć, oczywiście. Proszę dać mi chwilę.

– Będę tu czesał.

Poleciałem do góry. Znów zatkałem nos. Zabrałem całą skrzynkę z narzędziami i wiertarkę i wróciłem do liliputa.

– Proszę, pójdę z panem. Od razu odbiorę narzędzia. Może będę mógł jakoś pomóc.

– Tak. Chodźmy, to tuż za rogiem.

W tamtym momencie już wiedziałem, że mam do czynienia z wariatem. W tej okolicy nie było żadnej rzeki. Pomyślałem, że może być zabawnie, więc poszedłem na całego.
Przeszliśmy kawałek, obeszliśmy plac zabaw, a po drugiej stronie murka do gry w tenisa ujrzałem ten jego wehikuł.
Kawał metalu wyglądał jak potężne żelazko. Od tyłka strony wystawała mu turbina, taka jak w wiatrakach. Z boków wychodziły skrzydła, pół okrągłe, lekko zagięte w dół.
Dziób był zadarty i łączył się z małą okrągłą szybką na środku.
Od maszyny biło ciepło. Spojrzałem na krasnala z powątpiewaniem. Zastanawiałem się jak on to przytachał.

– Mówił pan, że rozbił się koło rzeki. Tutaj nie ma żadnej rzeki. – skwitowałem, a on spojrzał na mnie jak na idiotę.

– A tam, to co to niby jest jak nie rzeka? – wskazał na pole, które ciągnęło się za ogrodzeniem, kilka metrów od nas.

– To jest rzepa, proszę pana, żadna rzeka. – uświadomiłem go.

– Nie ma różnicy. Rzeka czy rzepa. Bierzemy się do roboty. Przytrzymaj tutaj, ja będę wiercił. – rozkazał, a ja usłuchałem i złapałem za boczny płat, który odciągnął od korpusu.

Liliput wywiercił trzy dziury w jakiejś skrzynce, która wystawała spod spodu. Wyjął z kieszeni małe pudełko z korbką. Nakręcił ją i z jego wnętrza wyłoniły się trzy kable o różnych kolorach. Pociągnął je palcami i wsadził kolejno po jednym w każdą dziurę.
Po tym, wcisnął niebieski przycisk i dioda rozbłysnęła na chwilę, mignęła i zgasła.

– No i choj. Silnik szlag trafił. Potrzebuję większego konia. Masz jakiś tranzystor? Muszę począć się z bazą. – nie chciałem go poprawiać. To i tak niczego nie zmieni.

– Tranzystor? Może pan skorzystać z telefonu. Takowy mam, o proszę. – podałem mu telefon.

– Począł mnie z bazą, masz antenę? Bez tego nie pójdzie. Chyba, że tranzystor. – rzucił w moją stronę i odepchnął telefon.

– Nie mam anteny. Jaki jest numer do pana bazy? – zapytałem.

– Baza nie ma numeru. Baza jest bazą. Nie mam czasu. Muszę się z nimi począć. Mam tu misję do wykonania. – był widocznie rozgorączkowany. Dreptał tam i z powrotem skubiąc daszek swojej czapki.

– Nie mam pana bazy w kontaktach. Nie mogę do nich bez tego zadzwonić. – oznajmiłem najspokojniej jak potrafiłem.

– Choj. Idziemy. Chodź. – klepnął mnie w ramię i ruszył przed siebie.

Co mam do stracenia, pomyślałem i poszedłem za liliputem. Doszliśmy pod mój blok, weszliśmy do środka. Krasnal stwierdził, że musimy wejść na dach. Wbiegliśmy po schodach, a tu niespodzianka. Na półpiętrze lump sika na ścianę.
Mój nowy kolega, krasnal podskoczył do niego i krzyknął:

– Dawaj antenę dziadu! – złapał go za przyrodzenie, a ten jęknął przeraźliwie.

– Puszczaj mnie ty popaprańcu! – krzyczał lump.

Musiałem podbiec i odciągnąć karła, bo by mu trąbkę z klejnotami, na miejscu wyrwał.
Lump nawet spodni nie naciągnął i uciekł w sekundzie. Wyjaśniłem karłowi, że to nie jest antena jakiej szuka. Zgodził się, że była za krótka i ruszyliśmy dalej na szczyt bloku.
Ten miał sześć pięter i wiedziałem, że wejście na dach zabezpieczone jest bramą i kłódką. Stanęliśmy przed nimi. Krasnal wyciągnął z kieszeni długopis, wcisnął przycisk, a z niego wysunął się klucz. Włożył go do zamka w kłódce, przekręcił. Zamek wydał odgłos i po chwili byliśmy na dachu.
Stąd panorama na całe moje osiedle. Coś się paliło na Bonarce, gęsty, biały dym.

– Dawaj ten telefon. – odezwał się krasnal.

Podałem mu telefon. Podszedł do głównej anteny, wyciągnął jakiś zestaw małego majsterkowicza, poprzekręcał styki. Miał nawet małą lutownicę, którą stopił końcówki kabelków i złączył z moim telefonem.
Byłem tak zaaferowany tym jak wprawnie dłubał przy tym wszystkim, że nie zdałem sobie sprawy, iż mój telefon będzie po tym na śmietnik.
Po kilku minutach sapnął, klasnął w dłonie i włączył telefon.
Rozległ się sygnał połączenia. Ktoś po drugiej stronie odezwał się, równie wysokim głosem jak krasnal.
Niczego nie mogłem zrozumieć. Ktoś wypowiadał słowa w częstotliwości, której nie mogłem uchwycić uchem. Jedynie muśnięcia bębenków uświadomiły mi, że z drugiej strony ktoś nadaje. Krasnal poruszał ustami i to samo. Łaskotanie w głębi uszu.
Trwało to pięć minut po czym rozłączył się.

– Przyślą po mnie. Brygida ratunkowa. – oznajmił krasnal.

– Cieszę się, że mogłem panu pomóc. Skąd pan pochodzi? – zapytałem.

– Nazywacie to miejsce, Galaktyką Andromedy. Tam jest mój dom.

– Jaka jest pana misja na Ziemi?

– Szukam człowieka. Waldemara. Mam go zabrać ze sobą. Począł się z nami.

– Na Ziemi żyje wielu Waldemarów. Ma pan jakieś dokładniejsze dane?

– Jest łysy i uczy w szkole. Jest tam kimś dużym. Procesorem.

Po chwili usłyszałem dźwięk podobny temu, które wydają samoloty, tylko stłumiony. Był bardzo blisko, odwróciłem się i ujrzałem srebrną kulę, która zawisła nad dachem.
Kapsuła otworzyła się, wyskoczył z niej podobny krasnal. Wyglądał na mniej butnego, przywitał się ze swoim ziomkiem i zamienili ze sobą kilka niesłyszalnych zdań.
Liliput podszedł do mnie i podał mi dłoń.

– Dzięki człowieku. Pomogłeś mi, czy ja mogę ci pomóc? – zapytał, już po przyjacielsku.

– Nie ma sprawy. Chciałbym wiedzieć gdzie dostanę słownik twojego języka. – na to krasnal wyciągnął książkę z kieszeni i podał mi ją.

– Nie wiem po choj ci to, ale powodzenia. Wracam, zgarnę Waldemara i do domu.
Uważaj na siebie.

– Bezpiecznej podróży. – pomachałem krasnalom.

Oboje wskoczyli do metalowej kuli, która wisiała nisko nad płaszczyzną dachu. Lekko oberwała się w dół i zaraz wróciła do balansu. Małe, srebrne wrota zamknęły się i kapsuła zniknęła gdzieś w nisko zawieszonych chmurach.
Odpiąłem telefon od anteny. Okazało się, że był sprawny. Zszedłem na sam dół i pobiegłem po narzędzia, które zostawiłem przy zniszczonym statku krasnala.
Na miejscu już niczego nie było. Tylko przygnieciona trawa.
Wróciłem do domu, zrezygnowałem z zakupów. Po tych przygodach miałem ochotę na zimne piwo, które czekało na mnie w lodówce.

W piątek zbiegałem po schodach i zorientowałem się, że nie potrzebuję zamykać nosa. Klatka schodowa pachniała pomalowanymi ścianami, a lump przestał na nie sikać.
Mój przyjaciel z kosmosu rozwiązał problem smrodu. Uśmiechnąłem się na tę myśl.
W kieszeni wciąż leżał słowniczek. Wyjąłem go.
Strona tytułowa oznajmiała „Słownik człowieka, wolne tłumaczenie”.
Otworzyłem go kilka stron dalej. Znalazłem słowo, którego szukałem.
„No i choj” – powiedziałem do siebie i pobiegłem na zajęcia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s