Rozmowa kwalifikacyjna

To był mój wielki dzień. Przynajmniej miał być wielkim dniem. Takim go sobie zaplanowałem.

Wskoczyłem w boskie buty, w takie, co się w nich pływa po chodniku. Wszystko już było na swoim miejscu. Spodnie w kant, marynarka, koszula wygładzona co do niteczki. Owiązałem się krawatem, niezdarnie, jakbym robił to pierwszy raz.
Zapięty na ostatni guzik, czułem się jak bukiet kwiatów, jeszcze tylko zapach.
Jakoś nieswojo i niepewnie, jak nie ja. Może ja, tylko inaczej zapakowany.
„To bez znaczenia” – pomyślałem.
Zgubiłem przedziałek, nie wiem gdzie się podział, więc z niego zrezygnowałem. Na co to komu? Dobrze jest jak jest.
Godzina, godzina. Zegarek, gdzie się podział zegarek. Umarł.
„No to pięknie się zaczyna” – powiedziałem do siebie.
Ten na ścianie mówi, że zbliża się dwunasta w samo południe. Mam dwie godziny.
Mnóstwo czasu, a ja już taki wyprasowany, poukładany. Nawet siadać nie mogę bo się coś zagnie, koszula zemnie. Cała kunsztowna praca pójdzie na marne.

Chodzę więc tam i z powrotem. Myślę sobie jak to rozegrać, co powiedzieć. Jak się uśmiechać i czy w ogóle zęby pokazywać. Wywiad ma potrwać godzinę. Godzinę, w godzinę to ja mogę książkę przeczytać. Cholernie dużo gadania.
O co oni też mogą pytać. Wiem przecież, o co. Co robiłem, jak to było, czy znam się na tym, a na tamtym?
Wszystko wiem, tylko jakoś powietrze do mnie nie dociera. Pień mózgowy niedotleniony, myśli się jak po butelce wina na kolację.
Co by nie było, jestem świetny. Nie mają lepszego kandydata i nigdy mieć nie będą.
Właśnie to ze sobą niosę, swój geniusz, swą nietuzinkowość.
Wszystko w jednym ciele, poupychane w człowieku, we mnie, że się sam w sobie nie mieszczę.
Zrobiłem już dobre pięć kilometrów domowej trasy. Przedpokój, kuchnia, łazienka, przedpokój, salon, kuchnia. Zegarek obrócił się jednokrotnie wokół własnej osi, mogę ruszać.

No to pędzę na autobus. Ten, rozklekotany, zabrał mnie z przystanku, uśmiecham się do kierowcy. Wzrokiem mówi „wsadź se go w dupę, kasuj bilet”. Kasuję zatem i kładę wspomnianą na siedzeniu. Niewygodne te siedzenia jak diabli, na dodatek ściśnięte ze sobą, nogi mi się nie mieszczą i już umorusałem spodnie.
Westchnąłem do siebie głęboko, myśląc, że już gorzej nie będzie. Motywując się i uśmiechając przygłupio do odbicia w plandece naprzeciwko.
Autobus zatrzymuje się na przystanku na żądanie, wsiada starsza damulka z pokurczonym psem, Kartoflakiem.
Siada zaraz obok mnie, wciska zadek co głębiej w fotel. Pies łypie na mnie okiem i wyrywa jej się z rąk.
Po chwili opiera swoje tylne łapy o moje kolana i smaruje mi twarz szorstkim jęzorem.
Kudłacz zrzuca resztki płowej sierści. Cały byłem w tym Kartoflaku, bez nadziei na ratunek.

Wyrwałem się stamtąd, nic nawet nie mówiąc kobiecie. Stanąłem pośrodku, w końcu i tak zaraz wysiadam. Ściągałem włosek po włosku, lecz to na nic. Było ich mnóstwo i wżynały się w tkaninę. Wtem jakiś mężczyzna, tęgi blondyn huknął mnie w ramie, że aż zabolało – Masz ziom, odcicikuj się – podał mi wałek z lepami, taki wynalazek, że każdy rozsądny człek powinien to nosić ze sobą.
Podziękowałem mu za uratowanie reputacji i wysiadłem na swoim przystanku.
Kierunek opera. Na oko miałem pięć minut drogi. Zostało mi trzydzieści pięć minut. Sporo czasu, ale warto pojawić się nieco wcześniej. Będzie, że mi zależy. Bo zależało.
Dotarłem, przedstawiam się recepcjonistce, chłopskiej blondynce, która dłonie miała jak traktory. Podała mi księgę gości.
Wpisałem się i otrzymałem plakietkę z wielkim napisem „GOŚĆ”. Zaprowadziła mnie po schodach na górne piętro, gdzie mieściły się biura.
Weszła do pierwszego z brzegu pokoju i wróciła po minucie.

– Zaraz pana poproszą. Napije się pan czegoś?

– Dziękuję. Poprosiłbym o szklankę wody, jeśli można.

– Zaraz przyniosę.

Poszła, a ja zacząłem się stresować bardziej niż wcześniej. Coś w tym budynku mi nie odpowiadało. Powietrze jakieś duszne, wypełnione wonią oleju.
Obudziła się we mnie alergia i oczy zaczęły zachodzić łzami. Potężna kobieta wróciła ze szklanką wody i spojrzała na mnie z przejęciem.

– Dobrze się pan czuje?

– Tak, to alergia. Roztocza. Dużo tu ich, tak czuję.

– To bardzo możliwe. Wie pan, tu nie wolno odkurzać. Musi być cicho. Proszę, oto woda. Gdyby pan czegoś potrzebował, jestem na dole. Powodzenia.

– Dziękuję pani bardzo.

Kichnąłem jej w twarz na pożegnanie. Po chwili zawołano mnie do pokoju. Wstałem, przeczesałem jeszcze włosy w poszukiwaniu przedziałka, którego nijak nigdzie nie było.
Naciągnąłem krawat pod szyję i pewnym krokiem, ruszyłem do gabinetu.

Komisja składała się z trzech osób. Dwóch grubawych mężczyzn, którzy byli do siebie łudząco podobni i kobiety, o twarzy tego psa z autobusu, Kartoflaka.

– Jak się pan nazywa? – zapytał pierwszy z brzegu.

– Krzysztof Bełt. Jestem zainteresowany rolą w operze. Artysta, projektant, dekorator. Wszystko w jednym.

– Jest pan artystą z wykształcenia? – zapytała kobieta.

– W rzeczy samej. Absolwent uniwersytetu wałbrzyskiego z przedmiotu artysta literat w stopniu magister poważny.

– To brzmi całkiem dobrze, całkiem dobrze, całkiem dobrze, całkiem dobrze… – drugi mężczyzna zaciął się na chwilę i powtarzał to samo, dopóki pierwszy z brzegu mu nie przerwał.

– Tak, w istocie, to brzmi całkiem dobrze. Co pan wie o naszej operze? Co pan wie o organizacji jaką tutaj tworzymy?

Wyłożyłem im całą wiedzę jaką zebrałem przed wywiadem. Byli zdumieni. Odniosłem nawet wrażenie, że sami tego wszystkiego nie wiedzieli. Swoją wypowiedź zakończyłem piętnastoma kichnięciami z rzędu. Każde kolejne, wzrastało tubalnym dźwiękiem i niosło się po pokoju.

– Cudownie, cudownie, cudownie, cudownie… – drugi mężczyzna wymawiał to, drapiąc się jednocześnie w brodę z uznaniem.

– Doprawdy, cudownie. Wie pan sporo. Chciałbym zaoferować panu rolę artysty w naszej operze. Co pan na to?

– Będę zaszczycony. Jakie byłyby moje obowiązki?

– Na początek grałby pan drzewo. Tylko musi pan przestać kichać. Co pan na to?

– Tuje, tuje, tuje, tuje, tuje. – nie mógł się opanować.

– Tak. Uściślając, grałby pan tuje. W rzeczy samej. Takie drzewo, widzi pan?

– Oczywiście. Zgadzam się na tuje. Kiedy miałbym zacząć?

– Może pan zacząć od zaraz. Proszę udać się do garderoby i poprosić o strój drzewa. Tuja, konkretnie.

– Dziękuję bardzo. Czy to wszystko?

– Tak, proszę już iść. Miło było pana poznać, panie Bełt.

Ukłoniłem się i wyszedłem. Na końcu korytarza, nad wielkimi drzwiami, widniał napis „GARDEROBA”. Udałem się tam, wszedłem do środka i poprosiłem o strój drzewa. Konkretnie miała być tuja, nadmieniłem. Wszedłem do szatni, zdjąłem swoje odświętne ubrania i przebrałem się za drzewo.
Następnie, pani koordynator ustawiła mnie na scenie. Rozgrywała się burza. Miałem za zadanie grać tuję, która ulega wpływom silnego wiatru.
Tu na dole, coś sprawiało, że kichałem bezustannie. Każde kichnięcie gibało mnie nienaturalnie w przód i w tył. W ten sposób świetnie odgrywałem swoją rolę.
Po chwili ogłoszono stan tornada.
Miałem ulegać porywistym wiatrom i zacinającemu deszczowi. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Jakiś dubler, stojący za kurtyną, postanowił nadać moim ruchom charakteru i kopnął mnie od tyłu, na tyle mocno, że zatoczyłem się przed siebie i spadłem ze sceny.
Uderzając bezwładnie o ziemię, zdałem sobie sprawę, że nie jestem dłużej tują. Na sobie miałem piżamę, a zegarek wskazywał godzinę piątą rano.
Rozmowa o pracę dopiero o czternastej. Zamknąłem oczy i zasnąłem jeszcze na kilka godzin.

2 uwagi do wpisu “Rozmowa kwalifikacyjna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s