Jej ogród cz. IX „Out of the blue”

Pamiętnik liczył mniej więcej, sto stron. Został napisany w strachu, a jego uosobieniem była postać kogoś, kogo Elizabeth nazywała Cieniem. Jak wynika z jej zapisków, znała go dobrze, człowiek mieszkał w ich domu. Pisała o sprawach z goła nadprzyrodzonych. W posiadłości Revelów miały miejsce obrzędy okultystyczne, a cała rodzina brała w nich czynny udział. W sposobie w jaki spisała wspomnienia, było coś niezwykłego. Odniosłem wrażenie jakby opowiadała o wydarzeniach, które miały dopiero mieć miejsce. Przez ten zabieg, nie byłem pewny czy to co czytam jest faktem, czy może bujną wyobraźnią dwudziestolatki.

W między czasie Yann przygotował posiłek. Upiekł warzywa i ugotował rondelek brązowego ryżu, który namaścił gęstą oliwą. Wszystko spowite łagodnym sosem z zielonej papryki. Palce lizać. Na deser były pieczone jabłka, nakrojone od ogonka, wypełnione miodem i cynamonem. Ich zapach obiegł wnet cały dom. Miałem okazje zobaczyć jego wnętrze, które nie różniło się bardzo od pokoju, w którym leżałem.
Yann uwielbiał prostotę i ciepło drewna. Gdyby wdarł się tu ogień, wszystko ulotniłoby się w przeciągu kilku minut.

– Czytasz tę księgę, wygląda na starą. Czy to coś ciekawego?

– To pamiętnik, ma sto pięćdziesiąt lat. Jest w opłakanym stanie, ale pismo zachowało się w świetnej formie.

– Czyj pamiętnik, jeśli można?

– Elizabeth Revel. Mieszkała w Teyran, do którego niedawno podróżowałem. Właściwie to ostatni punkt podróży, który pamiętam. Dotarłem do jej domu, gdzie znalazłem tę księgę. Potem pojawił się ktoś, kogo spotkałem dzień wcześniej w Lyonie. To naprawdę długa historia. W końcu znalazłem się w pana domu. Niczego więcej nie pamiętam.

– REVEL! Oh, tak. To ten znamienity ród artystów. Wszyscy byli zwariowani. Do teraz krąży o nich, tu, w południowej Francji, wiele legend. Ludzie uwielbiają takie historie. Podobno zawiązali pakt z diabłem. W Montpellier mieszka jakiś krewniak witrażysty, Matthieu, o ile mnie pamięć nie myli. Moja córka go zna. Chodzili do tej samej szkoły. Mogę do niej jutro zadzwonić, jeśli chcesz.

– O tak, proszę. To byłby przełomowy krok w moich badaniach. Wie pan, dzieją się ostatnio dziwne rzeczy w moim życiu i chciałbym to już zamknąć. Coś mi jednak nie pozwala tak po prostu odpuścić. Jestem strasznie uparty.

– Pewnie dlatego wylądowałeś na mojej plaży. Uważaj chłopcze, nie wybiegaj za daleko. Na pewno nie za cenę własnego zdrowia. Kiedyś też byłem młody i żądny przygód. Poświęciłem się jednak nauce. Rodzice. Oni chcą dla dzieci najlepiej. Szlag by to, wróciłbym do akcji.

Podziękowałem jak mogłem za posiłek. Głowa wciąż męczyła i rozsyłała jednostkowe, równomierne impulsy bólu do pozostałych członków, lecz czułem się już znacznie lepiej.
Yann zaproponował, że mogę zostać tak długo jak zechcę. Postanowiłem odpocząć jeszcze kilka dni i wrócić do Lyonu.
Po obiadokolacji powróciłem do wertowania pamiętnika. Niektórych wpisów nie mogłem zrozumieć, były zupełnie bez sensu. Inne napisane wspak, musiałem odszyfrowywać. Rzadko spotyka się tak pogmatwany i niefrasobliwy tekst.
Dotarłem na stronę z dnia pierwszego maja 1852 roku. Elizabeth pisała tam o umowie, którą jej ojciec zawiązał z podejrzanym typem.
Nie znała jeszcze jego treści, sugerowała jedynie, że jest zgubny dla całej rodziny.
Kawałek dalej odnalazłem znajomy fragment, który odświeżył mi trochę pamięci, był to wierszyk, otrzymany wraz z kluczem, a poniżej jego dalszy fragment.
Przytoczę całość.

Idąc wzdłuż brunatnej miedzy, odnajdziesz dwa serca.
Bądź czujny dokonując wyboru, zdaj się na słowa mędrca.
Jedno purpurowym okryte brzemieniem, drugie czerwienią miłości odziane.
Nie szukaj już dłużej nadziei, uratuj dusze zbłąkane.

Rusz drogą ci znaną, ją odnajdziesz w pamięci.
Tam gdzie pasterz wskazuje, tam do psalmu ugięci. 
Gdy uśmiech spostrzeżesz, na samiutkim skraju. 
W oddali wnet ujrzysz, swą ścieżkę do raju.

Postanowiłem, że pojutrze opuszczę przytulny dom na plaży. Komplet czystych ubrań otrzymałem od Yanna. Tak czy owak musiałem udać się do sklepu i kupić nowe ciuchy. W mieszkaniu w Lyonie nie miałem ich zbyt wiele.
Próbowałem odtworzyć obraz witraża z kościoła w Oxfordzie, lecz to wszystko na nic. Potrzebuję go całego. Musiałem przeoczyć jakiś szczegół, który okazał się być tym istotnym.

Poprosiłem Yanna o możliwość skorzystania z telefonu. Pozwolił mi zadzwonić ze swojej komórki. Zadzwoniłem do Oskara.

– Hej Oskar. To ja. Słuchaj, mam sprawę. Nie, nie, on tak ma. Przykro mi. W porządku, teraz słuchaj. Jest kościół na Meredith Street, taki dość spory. Masz tam przystanek, zaraz obok. Idź tam jutro i zrób mi możliwie jak najwięcej zdjęć przedniego witraża. Z obydwu stron. Wejdź do środka i wdrap się na balkon, po prawej są schody. Potem wyślij mi to wszystko na maila. Daj mi Judasza do telefonu.

Po tej prośbie Oskar się rozłączył.
Wspomniał tylko, że Judasz oznaczył już cały jego dom, włącznie z garderobą.
Był wściekły, ale nie mogłem teraz niczego zrobić.

Nazajutrz obudziłem się w naprawdę dobrej kondycji. Mogłem już ruszać głową. Yann podarował mi swoją brązową fedorę, która zakrywała bandaż. Wyglądałem jak sycylijski oprych. Około południa sprawdziłem pocztę. Oskar przysłał mi kilka zdjęć w słabej jakości, wykonane aparatem w telefonie. Udało mi się z nich co nieco wyczytać.
Otóż, grupka zebranych w dolnej części witraża ludzi, modliła się.
Na lewo od nich, nieco wyżej, usadowiony był troszkę krzywy człowieczek, który trzymał w ręku laskę. Uznałem, że to pasterz z wiersza. To proste, za jego plecami ciągnęło się stado, białych, napuszonych kawałków szkła. Owieczki.
Drugą, wolną ręką wskazywał w kierunku północy, gdzie ciągnął się brunatny pas, moja miedza. Ten zaś dochodził aż do drzewa, dwóch drzew, lasu? Coś w rogu gęstniało i nagle, jakby dziabnięcie pędzla. Malutka, głęboko niebieska kropeczka, dosłownie między konarami. Próbowałem sobie wyobrazić, jak on to tam upchnął, dlaczego?
Out of the blue. Na prawo od tej sceny, zza horyzontu wydostawał się kolejny kawałek szkła, tym razem – czerwony. Chyba trafiłem dwa serca na raz. Tylko nie miałem pojęcia co mogłyby symbolizować.
Dowiem się w swoim czasie. Teraz wypadało mi tylko namierzyć miejsce w Teyran.
Patrząc na mapę, coś w rodzaju lasu mogło ciągnąć się tylko od wschodu. Było też prawdopodobne, że mają tam pastwiska, chociaż nie chciało mi się wierzyć.
Musiałem brać pod uwagę, że autor odzwierciedlał świat sprzed kilkunastu dekad.
Wszystko mogło się zmienić od tego czasu. Ba, to mógł być jedynie jego wymysł, efekt wyobraźni. Takie miejsca jak to na pejzażu, są wszędzie.
Nie miałem wielkiego wyboru, jak tylko wybrać się tam i przekonać na własne oczy.

Yann rozmawiał ze swoją córką, która zwierzyła mu, że potomek Matthieu Revela, witrażysty, nazywa się Matthieu Revel.
Nie słyszała o nim od dawna. Zdziwiła się wręcz, że ojciec o niego pyta.
Chłopak był bardzo samotny i nielubiany w szkole. Wszystko dlatego, że był albinosem! Wariatem, który ścigał mnie namiętnie po całej Francji był jakiś albinos, prawnuk Revela? Na Boga, ten człowiek prawdopodobnie po raz pierwszy dopadł mnie już w Oxfordzie.
No to się porobiło, pomyślałem sobie.
Tylko dlaczego? Czego ten dziwny typ ode mnie chciał? Jaki był jego cel w napastowaniu mnie, koniec końców podejrzewam, że chciał pozbawić mnie życia.
Wreszcie, jak teleportowano mnie z Teyran na plażę w Grande-Motte?
Co dzień, to nowe zagadki. Każda z nich odbierała mi poczucie świadomości, że jestem normalny.
Pozytywną stroną, było poznanie tożsamości bladego napastnika. To najprawdopodobniej jeden z nawiedzonych Revelów.
Wtem pomyślałem o Elizabeth. Przecież ona również należała do tego rodu. Kobieta z obrazu była łudząco podobna do mojej koleżanki z Oxfordu.
Wszystko to nie miało sensu. Już zupełnie się pogubiłem, jednak nie mogłem na tym poprzestać.
Były dwie opcje, może nieco więcej.
Dwie w każdym razie były jasne. Poznam jakąś fantastyczną tajemnicę, która odmieni moje życie, albo wpieprzę się w jeszcze większe bagno niż te, w którym obecnie taplam się po uszy.
Nigdy nie daję za wygraną. W życiu przecież o to chodzi. Limity są dla mięczaków, a przygody dla idiotów. Zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej grupy, i wiecie co.
Jestem z tego cholernie dumny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s