Jej ogród cz. VIII „Wypluty”

Którymś przebudzonym zmysłem, usłyszałem łagodny szum morza.
Powieki szczypały, jak gdyby ktoś powkładał mi pod nie, kilka ziarenek soli.
Nie mogłem ich otworzyć, nie mogłem podnieść ręki żeby dotknąć twarzy.
Walczyłem tak dobre kilka minut, z uporem i bezsilnością, aż w pewnym momencie poczułem przeszywający ból w klatce piersiowej.
Promieniował na plecy i przeciągnął się po kręgosłupie, skacząc tak z kręgu na krąg, jak zwinny, naelektryzowany krasnal skacze w lesie po grzybach.
Czuję ból, a to znaczy, że wciąż żyję. Pierwszy powód do radości.
Tylko gdzie jestem i co się wydarzyło.
W końcu z mozołem człowieka zdezelowanego jak wrak, uniosłem rękę i dłonią przetarłem oczy.
Siarczyste strupy, wielkości muszli otaczały całe oczodoły. Zapalenie spojówek.
W końcu mogłem je otworzyć i powoli przywykłem do światła.

Leżałem na wygodnym łóżku, w niewielkim, mocno naświetlonym pokoju. To za sprawą drzwi tarasowych, które wychodziły na plażę.
Słońce wisiało wysoko na niebie, miarowo wskazywało samo południe.
Pokój był drewniany, dosłownie wszystko co się w nim znajdowało, było obite niebejcowanym, jasnym drewnem.
Był tu mały stół, krzesło, nocna szafka zaraz obok mojej głowy, na niej mała lampa naftowa i jeden obraz przedstawiający dostojnego jelenia.
Czułem się po trochu jak jeleń, jednak daleko mi było do jego dostojeństwa.
Mój stan był, delikatnie mówiąc, opłakany.
Wymacałem na głowie bandaż, który otaczał ją od czubka po czoło.
Czerep zaś bolał mnie okrutnie, parszywie i demobilizująco.
Spróbowałem się jednak podnieść i jakoś stanąć na dwie nogi.
Ciało odmawiało posłuszeństwa, nic nie działało jak należy, a komendy jakie mu wydawałem niknęły w eterze.

Zerkałem przez te oszklone drzwi na plażę i rozbijające się z gracją malutkie fale, które nazwałbym falkami, gdyby nie fakt, że łeb mi pękał w szwach i nie miałem ochoty na czułe zdrobnienia.
Wtem, ktoś pojawił się za szybą.
Starszy mężczyzna odciągnął klamkę i z wolna wgramolił się do środka.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się przyjaźnie.
Miał gęste siwe włosy i wypisz wymaluj przypominał Hemingwaya. Stary człowiek i morze.
Fantastycznie.

– Otworzyłeś oczy. Słone, morskie powietrze im nie służy. Nie martw się, przejdzie. Przyniosłem ci na to krople. Mam też nowe bandaże i trochę lekarstw, które uśmierzą ból. Nie powinieneś się ruszać, masz mocno obitą potylicę. Straciłeś też sporo krwi, może nawet kilka litrów. Cud, że żyjesz.

Dziadek podniósł drewniane krzesło, stołek właściwie i postawił obok łóżka, w odległości kilkunastu centymetrów od mojej twarzy.
Bardzo ciężko było mi cokolwiek powiedzieć.
Nie, na miłość boską, nie ze wstydu.
Po prostu coś mi się popaprało w głowie, w sensie dosłownym.
Nagle przypomniałem sobie o Judaszu. Pożałowałem, że go tu nie ma, że nie może usiąść mi na twarzy i wylizać czoła, tak jak zwykł to robić.
Jest kotem przeciwbólowym.
W końcu coś tam wymamrotałem.

– Gdddzie ja jesssttem?

– W moim domu, w Grande-Motte. Nazywam się Yann. Morze wyrzuciło cię wczoraj wieczorem, na zachodniej plaży. Często tamtędy chodzę na spacery z Odile.
Zwykle zbieram muszle, jednak tym razem morze wyrzuciło coś większego.
Właściwie, kogoś. To byłeś ty. Miałeś szeroką na trzy centymetry ranę na głowie.
Kiedy cię znaleźliśmy nie traciłeś już krwi. Zdecydowałem, że zabiorę cię do siebie.
Pobiegliśmy do domu, wziąłem taczkę i tak znalazłeś się tutaj.
Jestem lekarzem, mam tu nawet mały gabinet. Zszyłem ci głowę i opatrzyłem. Wszystko powinno być jak należy. Teraz potrzebujesz odpoczynku, więc leż. Nie ma powodów do obaw, jesteś tu bezpieczny.

– Muszzzze siiiiku.

Odkąd się obudziłem, myślałem, że po prostu zaleję całe łóżko

– Przyniosłem ci balkonik. Zostawiłem go na zewnątrz. Potem go wniosę, teraz daj rękę, złap mnie za szyję i trzymaj mocno. Jesteś wykończony.

Yann podniósł mnie z łóżka. Miał w sobie mnóstwo krzepy. Tak między nami, byłem przerażony, że ten dziadek grzebał mi w głowie. Zamiast zawieźć mnie po ludzku do szpitala, ten przytachał mnie do swojej kanciapy na taczce i zabrał się za operację.
Coś mi tu mocno śmierdziało, czułem to, pomimo mojego chronicznego kataru.
Zostawił mnie w łazience, gdzie spojrzałem w lustro.
Wyglądałem koszmarnie, cały pokiereszowany. Ostatnie miesiące odebrały mi cały urok osobisty. Owinięty bandażem czerep był tylko wisienką na torcie, zwieńczeniem moich przygód.
Załatwiłem potrzebę i wlokąc się powoli, dotarłem do pokoju.
Yann pomógł mi się położyć.

– Pośpij jeszcze. Za krótko spałeś. Masz silny organizm, wyliżesz się. Gdybyś mnie potrzebował, będę w pokoju obok. Zostawiam ci ten dzwoneczek, użyj go i przyjdę.
Teraz pójdę przygotować coś do zjedzenia. Mam nadzieję, że lubisz kukurydzę.

Yann wyszedł przez drzwi za moimi plecami, które widocznie prowadziły do głębi jego domu. Zostałem sam z małym, mosiężnym dzwoneczkiem.
Zagłębiłem się we wspomnienia i próbowałem odtworzyć to co wydarzyło się zanim jeszcze wylądowałem w domu Hemingwaya.
Ostatnim co zarejestrowałem był oślepiający błysk i postać paskudnego osobnika, trzymającego w dłoni jakieś tępe narzędzie.
Ponurak zamachnął się i to by było na tyle.
Niczego więcej nie pamiętam.

Dziadek szybko wrócił z talerzem parującej, gotowanej kukurydzy i miseczką soli.

– Proszę, jest mocno rozgotowana. Łatwo ci będzie ją pogryźć. Zostawiam ci sól. Idę na spacer z Odile. Kiedy odzyskasz siły, przygotuję coś porządnego. Kukurydza ma sporo potasu, magnezu i wielu innych składników. Wszystkie przydadzą się w twoim obecnym stanie. Wracam niedługo, do zobaczenia.

Znowu zostałem sam ze sobą. Nie lubię kukurydzy. Ta jednak wyglądała całkiem apetycznie. Może ja byłem tak głodny, że po prostu wszystkimi siłami rzuciłem się na nią i zapomniałem o soli.
Spałaszowałem kolby do ostatniego ziarenka i usnąłem.
Obudził mnie dźwięk dzwonka, spadającego na ziemię. Musiałem go trącić w trakcie snu. Po chwili Yann wszedł do pokoju. Uświadomił mnie, że przespałem całą noc i większość kolejnego dnia.
Mogłem już normalnie nawijać.

– Dziękuję panu, panie Yannie. Podejrzewam, że gdyby nie pan, morze wciągnęłoby moje truchło i tyle po mnie. Jestem panu dozgonnie wdzięczny.

– Niech się pan nie przejmuje. Każdy postąpiłby tak samo. Widzę, że szybko nabiera pan sił, to dobrze. Czy mogę coś dla pana zrobić?

– W zasadzie, chciałbym jedynie wiedzieć czy miałem coś ze sobą, kiedy mnie pan znalazł.

Ubranie, które miałem na sobie, nie należało do mnie. Widocznie to w czym mężczyzna znalazł mnie na plaży było w gorszym stanie niż ja sam. Może tak naprawdę morze wyrzuciło mnie jak Wenus, bez odzienia.
Zależało mi jednak na plecaku i telefonie. Miałem co prawda sporo czasu do końca urlopu, a mieszkanie w Lyonie zostało zarezerwowane do końca mojego pobytu we Francji, więc nie martwiłem się tymi sprawami.
Zależało mi na kontakcie z Oskarem, któremu zostawiłem w opiece Judasza.
Chciałem wiedzieć, jak tam się sprawy mają.

– Wszystko co miał pan ze sobą jest tutaj, w szafie. – wyciągnął podniszczony plecak.
Pozwoliłem go sobie opróżnić i wysuszyć, włącznie z zawartością. Później schowałem pana rzeczy do środka. Proszę.

Wziąłem plecak i podziękowałem Yannowi najserdeczniej jak potrafiłem.
Powiedział, że idzie przygotować dla mnie jedzenie, a i sam nie pogardzi dobrym, drugim obiadem. Zostawił mnie samego.
Otworzyłem plecak, aparat był w środku. Działał bez szwanku, jestem geniuszem, że zakupiłem wodoodporny. Z telefonem nie dało się zrobić niczego. Był zwyczajnym topielcem, wyjąłem kartę sim i wrzuciłem truchło z powrotem do plecaka.
Reszta zawartości to graty, które noszę ze sobą wszędzie.
Mam w plecaku nawet sekstans, nie pytajcie dlaczego.
Nurtowała mnie jednak rzecz, którą posiadłem niedawno. Pamiętnik Elizabeth Revel.
Powinna być w całości, ponieważ kieszeń do której ją schowałem była nieprzemakalna.
Kolejny mistrzowski ruch, zupełnie jakbym przewidział taplanie się w wodzie.
Wyjąłem książkę delikatnie. Była zawinięta w chustę, którą rozwinąłem. Tak jak się spodziewałem, księga była nietknięta.
Oparłem się wygodnie o ramę łóżka i ledwie muskając kartki, otworzyłem na pierwszej stronie.

Teyran, 23 październik 1851 roku

 

Nazywam się Elizabeth Geneviève Revel. Tydzień ubiegł od moich dwudziestych urodzin.
Postanowiłam, że zapieczętuję tu wydarzenia, które przepowiedziano i o których winno się zapomnieć. Modlę się gorliwie, ażeby nikt, komu życie drogie i kogo serce zna dobroć, nie odnalazł tej księgi. Modlę się by ten, który nawiedza nasz dom, odszedł.
Modlę się by opuścił naszą rodzinę. Nie ma słów o mocy równie straszliwej, jak jego postać. Nie mogę odpędzić złych myśli, które gnębią mnie i spędzają sen z powiek.
Nie mogę spać, a oczy moje zwrócone są w światło gwiazd. Patrzą tam gdzie krzyż południa, nas opuścił.
Teraz widzę jak stoi na zewnątrz. W cieniu obumarłych drzew. Staram się odwrócić wzrok, lecz nie mogę. Patrzę nań, okrytego cieniem. Modlę się. Spostrzegł mnie, dojrzał puste ogniki moich oczu, jak ja jego. Kulę się i cierpnę.
Modlę się by w końcu odszedł, na zawsze. Tylko modlitwa może nas ocalić.

Wzdrygnąłem się, a głaz zastygł mi w krtani. Powietrze dotąd morskie, wilgotne. Osuszyło się wokół mnie. Zwilżyłem palec resztą śliny i przesunąłem kartkę na kolejną stronę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s