Jej ogród cz. VII „Światło w cieniu”

Chłodny świt zwiastował dobrą pogodę. Nad Lyonem rozciągała się głębia błękitnego nieba. Sen o kawie obudził mnie wcześnie, wstałem więc, żeby ją zaparzyć. Na wąski balkon wystawiłem krzesło, mogłem wygodnie rozsiąść się i obserwować ulice Lyonu przez gęsty dym spalanego tytoniu, który zataczał się wokół palców i z chwilą ulatniał w bliżej nieokreślonym kierunku.
Ukończyłem pięciominutowe, poranne dotlenianie i zabrałem się za przygotowanie śniadania.
Tosty wysmarowałem obficie, śmietankowym masłem.
Na nie położyłem plasterki śmierdzącego, francuskiego sera pleśniowego i kilka listków bazylii, która rosła w doniczce na balkonie.
Na drugim toście rozłożyłem lekko osolone kawałki awokado i w ten sposób delektowałem się smakiem letniego, francuskiego poranka.

Nie zabrałem ze sobą zbyt wielu ubrań, ze względu na lotnicze ograniczenia bagażowe. Wyprawa na cmentarz zaowocowała w doszczętnie zniszczone spodnie, które widocznie objawiały teraz dziurę w kroczu.
Musiałem je rozerwać w trakcie skoku na cmentarny mur, czego wcześniej nie zarejestrowałem.
Na szczęście wziąłem ze sobą drugą parę, lnianych, które leżąc na dnie walizki w niczym nie przypominały już spodni.
Nie miałem wyboru, ubrałem je. Założyłem błękitną koszulę, której kolor komponował się doskonale z odcieniem nieba. Do ręki wziąłem granatową, lnianą marynarkę i wyszedłem z mieszkania.
Pod domem stała taksówka, która zabrała mnie na dworzec kolejowy, oddalony o jakieś trzy mile od miejsca, w którym wynajmowałem apartament.
Na stacji zakupiłem bilet na pociąg do Montpellier, który po drodze zatrzymywał się niedaleko Teyran.
Trasa zajmowała dwie godziny i obfitowała w bajeczne pejzaże za oknem. Mijaliśmy rozległe winnice i stare, wypalone słońcem posiadłości.
Roślinność wokół była uboga, całość nieco przypominała apokaliptyczną wizję świata.
Pojedyncze drzewa i krzewy, okalały szerokie pola winorośli, które uginały się pod ciężarem dorodnych owoców.
Będzie z tego morze wina, pomyślałem.
Podróż minęła szybko, a ja w podobnym czasie zrobiłem się głodny.

Z prowizorycznego dworca na którym wysiadłem, do Teyran miałem około trzydziestu minut marszu.
Spostrzegłem, mały lokalny sklep do którego bez wahania ruszyłem. Sklep okazał się być również piekarnią, w której starsza, przemiła kobieta, nie mówiąca ani słowa po angielsku, uraczyła mnie świeżo wypieczonymi croissantami.
W tamtym momencie mogłem oddać całe swoje serce tej kobiecinie i jej wypiekom.
Powabne i napuszone ciasto, wypełnione maślaną nutą i posypane z wierzchu płatkami prażonych migdałów. Jeszcze ciepłe.
Kupiłem ich sześć. Dodatkowo wziąłem szklaną butelkę klasycznego toniku i wróciłem na szlak.

Droga do Teyran prowadziła asfaltowym traktem, po obydwu stronach rozciągały się płowe pasy zieleni.
Drzewa zasadzone osobliwie, żyjące niemalże w separacji od swoich krewniaków. Krótka trawa porastała kępy rozrzuconych skał kredowych.
Całokształt wprowadzał w monotonny rytm kroku, którym zasuwałem co prędko żeby znaleźć się pośród cywilizacji na nowo.
Droga ciągnęła się w niewidocznych zakrętach za moimi plecami i sięgała hen daleko przede mną. Odnosiłem wrażenie, że kurczy się i wydłuża, oddala i przybliża.
Jeszcze bardziej przyspieszyłem kroku i już po dwudziestu minutach dotarłem do miasteczka Teyran.
Mocno naświetlone i jasne centrum, składowało kilka budynków, o ścianach wypchanych kamieniami.
Rodzina Revel mieszkała przed laty na Rue du Paradis, wąskiej uliczce, która ciągnięta w dół prowadziła do potężnej willi, ogrodzonej szczelnym, wysokim murem, przeczesanym metalowym płotem w kilku miejscach.
Właśnie tam mogłem przyjrzeć się wnętrzu dziedzińca.
Główny budynek, w którym zapewne gdzieś w górnych kondygnacjach mieściła się część mieszkalna, był w opłakanym stanie.
Ściany niekonserwowane od lat, pękały w wielu miejscach, tworząc wyrwy, w których zaczęły już pączkować chętne do życia rośliny.
Para okien mieszczących się na piętrze była otwarta na oścież i podparta specjalnymi blokadami.
Doszedłem przez to do wniosku, że dom nie jest całkowicie opuszczony.
Przespacerowałem się wzdłuż muru, by w końcu natrafić na bramę wjazdową, która została ciasno osadzona pomiędzy dwoma kamieniami.

Wóz albo przewóz, powiedziałem do siebie i pchnąłem bramę, która ledwo trzymana na pokrytych rdzą zawiasach, uległa i pozwoliła mi przekroczyć swój próg.
Jakiś wewnętrzny strach nie pozwalał mi zmierzyć w kierunku domu po chodniku, więc skrupulatnie ominąłem go łukiem i dotarłem pod potężne, dębowe drzwi.
Na ich górnej części widniał herb z feniksem, godło rodowe rodziny Revel, co po raz kolejny dowodziło, że jestem na dobrej drodze.
Wokół było cicho, wiatr ustał całkiem, słońce rozochociło się tym faktem i grzało teraz zapalczywie, nie dając chwili wytchnienia swoim promiennym ramionom.
Wystarczyło, że wlazłem na ogrodzony teren, nie mogłem teraz po prostu wcisnąć się do czyjegoś domu.
Brałem pod uwagę możliwość, że ktoś tam w środku jest.
W momencie kiedy uniosłem pięść żeby zastukać, drzwi uchyliły się z wolna i zaprosiły mnie do wnętrza.
Rozejrzałem się dookoła i z miną głupka, wpuściłem się do domu.
Uprzednio zastawiłem drzwi ciężkim kamieniem, tak żeby nie zamknęły się za mną jak w filmach grozy. Tego bym już nie zniósł.
W holu było ciemno, nie mogłem dostrzec niczego szczególnego. Jedyne światło, które wpadało do pomieszczenia to małe górne okno i otwarte na oścież drzwi za moimi plecami.

W domu unosił się zapach zbutwiałego drewna i amoniaku. Ponadto wszystko cuchnęło rozpalonym kamieniem i tonami kurzu, po którym deptałem teraz jak po śniegu.
Spostrzegłem schody prowadzące do góry i podwójne drzwi do kolejnej części domu.
Postanowiłem otworzyć drzwi i wejść na górę.
Okazały się zabarykadowane od drugiej strony i ani drgnęły pod naporem mojego ciała, więc od razu ruszyłem po schodach ku górze.
Po chwili znalazłem się na piętrze.
Pokój do którego wszedłem był rozległy i różnił się od wszystkiego co zobaczyłem po drodze.
Podłoga spowita naoliwionym i wycyklinowanym parkietem, praktycznie lśniła i pachniała nowością.
Ściany pomalowane na kolor jasnych oliwek, przyozdobiono majestatycznymi płótnami, przedstawiającymi portrety ludzi o poważnych rysach twarzy.
Na środku pokoju stało metalowe biurko, pokryte zdobniczymi ornamentami.
Zbliżyłem się do niego, z tej pozycji byłem obserwowany przez mężczyznę z największego obrazu.
Szybko zrozumiałem, że stoję twarzą w twarz z głową rodziny, to sam Dominique Revel łypał na mnie surowym okiem.
Biurko nie było zakurzone, tak jakby ktoś dbał w szczególności o ten jeden pokój.
Światło sączyło się leniwie do środka i wszystko wewnątrz wyglądało posępnie, lecz jasno zarazem.
Boczna szuflada, wkomponowana w blat od spodu, była zamknięta na klucz.
Z czystej przekory wyciągnąłem kluczyk, który otrzymałem w anonimowym liście.
Wepchnąłem go do zamka, nieco na siłę, przekręciłem w lewo, nic z tego.
Następnie przepchnąłem klucz w prawo i zamek odskoczył, zaskoczenie namalowało się na mojej twarzy. Właśnie otworzyłem rąbek tajemnicy.

Wysunąłem szufladę, na której dnie spoczywała stara, rozsypująca się księga. Znałem się na nich, wiedziałem więc jak delikatne potrafią być te najstarsze egzemplarze.
Sądząc po okładce, książka mogła liczyć około stu pięćdziesięciu lat. To bardzo dojrzały wiek dla papieru.
Obita została granatową skórą, grzbiet zaś zafarbowano na morską zieleń.
Wyjąłem ją delikatnie z szuflady i ułożyłem na biurku. Powoli odciągnąłem okładkę, która porwała za sobą kilkanaście zlepionych kartek.
Zwilżyłem palec wskazujący i zabrałem się za odczepianie przyklejonych do siebie stron.
Dotarłszy do strony tytułowej mogłem przeczytać:

Elizabeth Revel – Jej ogród
Pamiętnik z XIX wieku

Szukaj światła w cieniu, tam znajdziesz życie.

W dalszej części, pod akapitem widniała dedykacja. Niestety imię i nazwisko zostało wypalone, przez co nie sposób było dowiedzieć się stąd czegokolwiek więcej.
Wyciągnąłem chustę z plecaka i starannie owinąłem książkę, którą następnie wsadziłem do środka.
W następnej kolejności, postanowiłem rozejrzeć się po pokoju i poprzyglądać zastygłym postaciom w olejnych formach.
Malarz doskonale odzwierciedlił realizm, przedstawiające rodzinę Revel obrazy, żyły z każdym kolejnym spojrzeniem.
Dotarłem do Matthieu, jego twarz przedstawiała wychudzonego młodzieńca, spojrzenie wyrażało melancholię i zduszony smutek.
Na portrecie, prawą ręką podpierał policzek, na palcu zaś spostrzegłem sygnet, który mienił się drobniutką czerwoną kropką i jak mniemam symbolizował kawałek drogocennego szkła – symbolu artysty.
Zmierzyliśmy się na spojrzenia i poszedłem dalej.
Kolejne postaci niczego mi nie mówiły, jednak wyjąwszy aparat, zrobiłem zdjęcia każdego z osobna.
Każdy obraz był podpisany, notowałem więc chronologicznie w stosunku do zrobionych zdjęć, imię i nazwisko członka rodziny.
Liczyłem, że odnaleziony pamiętnik rozjaśni mi wiele na temat rodu Revelów.

Stanąłem przed kolejnym obrazem i musiałem trzykrotnie przetrzeć oczy, nim uwierzyłem w to co zobaczyłem.
Portret przedstawiał młodą kobietę. Jej urodę wyróżniały kruczoczarne, proste włosy i równie czarne oczy, których blask został perfekcyjnie oddany przez malarza artystę.
Te oczy to onyksowe kamienie, które już w życiu widziałem.
Należały do Elizabeth. Elizabeth Revel miała złożone na kolanach dłonie, które okrywały rękawiczki, w dwóch kolorach. Biała oraz niebieska.
Z jej spojrzenia wyczytałem wyraz zacięcia i bystrości. Przenikliwie patrzyła w nieznanym kierunku. Spojrzenie to znacznie różniło się od tego, które świdrowało mnie beznamiętnie w sklepie przy ulicy Lewisa Carrolla.
Obserwowałem obraz i nie mogłem zabrać się za wykonanie mu zdjęcia, byłem zdumiony, przerażony i sparaliżowany, jednocześnie.

Nagle, wśród dotychczasowej, nieprzeniknionej ciszy usłyszałem przeciągłe, groźne skrzypienie, dochodzące z dołu.
Ucichło i z wolna zamieniło się w dudnienie ludzkich kroków, ciężkich, powolnych i pewnych.
Szybko przeanalizowałem sytuację, pokój miał tylko jedno wyjście, właśnie od strony głównego hallu, skąd dochodziły odgłosy.
Okna, otwarte na oścież, szerokie we framugach, idealnie nadawały się do skoku. Podbiegłem do najbliższego i spróbowałem ocenić swoje szanse. Od ziemi dzieliło mnie około pięciu metrów.
Powinno się udać, pomyślałem. Ściągnąłem ramiączka plecaka, tak żeby nie latał luźno.
Przełożyłem nogi przez ramę okna i usiadłem, gotowy do skoku.
Ostatnim spojrzeniem omiotłem pomieszczenie, pomachałem do Elizabeth Revel z obrazu, która w majaku puściła do mnie oko i zsunąłem się w dół.

Upadek był bolesny, kolana ugięły się pod ciężarem ciała i coś się w nich popsuło. Przewróciłem się w momencie i zamroczenie nie pozwalało mi wstać. Świdrujący szum trwał może pięć minut, kiedy spostrzegłem, że ktoś stoi we wciąż otwartych drzwiach domu.
Postać poruszyła się lekko w moim kierunku, odsłaniając swoje lico.
Był nią mój znajomy z cmentarza Loyasse w Lyonie, przed którym jeszcze poprzedniego dnia uciekałem.
W jasnym świetle słonecznym, jego posępna twarz odbijała promienie niczym lustro, niemal mnie nie oślepiając.
W dłoni trzymał jakieś tępe narzędzie, najprawdopodobniej klucz szwedzki.
Nie mogłem się ruszyć, wciąż byłem zamroczony, a kolana bolały mnie do tego stopnia, że przy delikatnym ruchu miałem ochotę stękać.
Blady, ruszył w moim kierunku. Jego dłoń zaciskała się na kluczu, a ja czułem, że to mój koniec.
Serce łomotało mi z przerażenia, żołądek i jelita ścisnęły się do granic możliwości, wszystko to trwało chwilę.
Napastnik stał już nade mną, a ja ledwo mogłem go dostrzec przez odbijane za pośrednictwem skóry, światło słońca.

 

2 uwagi do wpisu “Jej ogród cz. VII „Światło w cieniu”

    1. Sęk w tym, że zarówno brie jak i camembert są daleko w tyle za prawdziwymi śmierdziuchami. Znalazłoby się kilka takich, od których woni można zemdleć.

      Bardzo Ci dziękuję, doceniam i będzie więcej, więc zapraszam. Muszę wpaść do Ciebie, mam już dwie książki do nadrobienia.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s