Błotny heretyk

Stałem na tym zakichanym przystanku. Od dwóch godzin nie przyjechał żaden autobus.
Naliczyłem cztery samochody.
Na szczęście ktoś postawił tę wiatę, przynajmniej nie moknę. Jeżeli dalej tak pójdzie to wiatr ją zerwie i porwie mnie, ale nie przejmuję się tym za bardzo.
Chyba spróbuję zadzwonić po taksówkę.
Tylko nie mam bladego pojęcia gdzie jestem.
Wyciągam telefon skostniałą z zimna ręką, o jakże boli. Rozładowany.
Przejdę się w którąś stronę, w końcu gdzieś zajdę.

Droga na lewo wchodzi w zakręt i nic nie widać. Po prawej też niczego nie widać bo asfalt stromo podchodzi do góry. Przede mną drzewa i za mną gęsty las.
Decyduję się pójść w lewo.
Zrobiłem kilka kroków i cofam się pod wiatę. Coś nadjeżdża.
Autobus, wypada z lewej strony, zza zakrętu. Metalowa puszka sunie na wyłączonym silniku, po prostu stacza się w dół.
Wyskakuję na drogę i przyjmuję pozę stracha na wróble żeby mnie zobaczył.

Kierowca hamuje jak rajdowiec i serwuje mi błotną kąpiel na twarz. Cudownie, wciąż wszystko gra. W końcu posunę się naprzód.
Wsiadam do środka, właściwie wrzucam się do busa. Kierowca mierzy mnie wzrokiem, odwdzięczam się tym samym. Facet nie ma lewej ręki i ma błoto na twarzy.

– DOKĄD? – rzuca mi pytanie.

– Dokądkolwiek, niech mi pan da bilet do końca trasy. – wysiądę tam gdzie mi się spodoba.

Wyciąga z kieszeni mały papierek, przybija pieczątkę i podaje mi przepocony bilecik. Płacę mu i kieruję się do wnętrza autobusu.
Na końcu usadowiła się orkiestra dęta, mają puzon, klarnet i tubę. Wszyscy wyglądają tak samo. Czarne włosy zakrywają im czoła. Ubrani w białe marynarki z cekinami.
Na szyi każdego wisi olbrzymi zegar. Identyczny jak te ze szkolnej klasy.
Wcale mnie to nie dziwi.
Po lewej mijam dwójkę młodych księży, patrzą na mnie jak na diabła.
Błoto wykonuje swoją robotę albo po prostu wyglądam jak potwór. Równolegle do księży siedzą dwie zakonnice, które aż boją się na mnie spojrzeć. Mają pomalowane na czerwono usta i wielkie brązowe torby na kolanach.
Twarze ich wszystkich okrywa warstwa błota.

Kawałek dalej babcia z wnuczkiem. Babcię z początku wziąłem za dziadka. Wszystko przez bujnego wąsa i krótko ostrzyżone, siwe włosy.
Chłopczyk trzymał w ręku model autobusu, identyczny jak ten do którego właśnie wsiadłem. Lawirował nim w powietrzu i improwizował katastrofę uderzając o szybę przez którą nic nie było widać.
Ostatnimi pasażerami była para, blondynka z wyłupiastymi oczyma i gość z tęczowym irokezem. Jego fryzura przypominała fragment piły tarczowej.
Dziewczyna mówiła do siebie w jakimś dziwnym języku, którego nigdy wcześniej nie słyszałem, a chłopak co chwilę sprawdzał czy ma na miejscu swoją piłę. Robił to w taki sposób żeby się przypadkiem nie skaleczyć.
Usiadłem po lewej stronie w bezpiecznej odległości kilku siedzeń od reszty pasażerów.

Autokar ruszył.
W tej samej chwili goście z instrumentami zaczęli w nie dąć niemiłosiernie, bez harmonii i pomyślunku.
Wypieprzali całe powietrze z płuc, brali głębokie wdechy w tym samym momencie wszyscy i znowu dmuchali.
Myślałem, że rozerwie mi bębenki.
Nagle ich zegary zaczęły dzwonić i po chwili cała trójka zasnęła kamiennym snem.
Odetchnąłem z ulgą.

Autobus przyspieszył i poczułem jak wszystkie wnętrzności tańczą cha-che. Droga była pełna wiraży, właściwie cały czas ciągnęły się serpentyny.
Kierowca nie zdejmował buta z gazu.
Dziwiło mnie jedynie, że ten klamot jest w stanie zasuwać jak Ferrari.
Widziałem jak chłopczyk nerwowo zarzuca swoim miniaturowym autokarem i zbierało mi się na wymioty.
Na szczęście ktoś przewidział moją potrzebę i na przednim siedzeniu znalazłem plastikową torbę z napisem „rzygi”.
Wyciągnąłem ją z siatki umocowanej do siedzenia, zwymiotowałem, a torba okazała się dziurawa.
Cała zawartość żołądka wylądowała na moich butach.
No pięknie, błoto na mordzie i rzygi na butach. Lepiej być nie może.

Wtem kobieta z wyłupiastymi oczyma wstała i zaczęła śpiewać w tym swoim dziwacznym, papuaskim slangu.
Jej kompan zaimprowizował pogo, orkiestra dęta z tyłu obudziła się i znowu zaczęło się dudnienie.
Chłopczyk wydawał z siebie dzikie odgłosy brum brum. Babcia kiwała się z boku na bok. Księża kiwali głowami jak wahadła zegarów, a zakonnice namiętnie całowały się swoimi czerwono wymalowanymi ustami.
Wcisnąłem ogromny przycisk STOP nad moją głową i zwariowany autokar zatrzymał się w tym samym momencie.
Zgarnąłem plecak i ruszyłem do wyjścia.
Spojrzałem się za siebie, wszyscy patrzyli na mnie jak w momencie kiedy wsiadałem.
Postąpiłem kroku do wyjścia i runąłem jak długi.

Spadałem może sekundę, może cały dzień albo wieczność.
Sam nie wiem czy kiedykolwiek ostatecznie spadłem. Czy na dole było cokolwiek.
Nie widziałem już autobusu, ani nie słyszałem tej bandy wariatów.
To mi w zupełności wystarczyło.
Nie musiałem też chodzić i szukać bo spadałem.
W końcu zrobiło mi się paskudnie zimno, ogarnęły mnie dreszcze jakbym wpadł do przerębli bez butów.
Zabrakło mi oddechu, zacząłem się dusić.

Po chwili otworzyłem oczy.
Na mojej klatce piersiowej siedział kot, ugniatał sobie miejsce do spania.
Zorientowałem się, że leżę na podłodze, a za oknem maszeruje orkiestra dęta.
Nie miałem już błota na twarzy, a dzień dopiero się rozpoczął.

2 uwagi do wpisu “Błotny heretyk

  1. Szkoda, że takie autokary nie jeżdżą po ulicach. Fundowałabym sobie przejażdżkę od czasu do czasu, dla otrzeźwienia, po nudnym dniu pracy. Genialne tempo opowiadania. Absurd i szaleństwo cały czas przyśpiesza i wciąga, aż do wyjaśnienia.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s