Dziewięć tysięcy, mil tęsknoty

Siedziałem nad brzegiem gładzonej podmuchem wiatru, jesiennej Tamizy.
Machałem nogami spuszczonymi tuż nad wodę tak, że czubkiem buta mogłem mącić leniwy nurt.
Rzeka budziła we mnie uczucie głęboko pogrzebanej tęsknoty, jej spokój przenikał niepokojem.
Robiło się chłodno, wilgotne powietrze ma zwyczaj wkradać się między najszczelniejsze kurtki i płaszcze.
Kątem oka zauważyłem starszego pana, który stanął nad krawężnikiem oddzielającym chodnik od wody.
Wpatrywał się w rzekę z zawziętością równą mojej.

– Nie mam za wiele czasu. – odezwał się jakby odbiorcą jego słów miała być płynąca rzeka. – Nie wiem czy zdążę.

Przestałem skupiać się nad rzeką i całą uwagę skierowałem na dziadka.
Na siwiutkiej głowie nosił słomiany kapelusz z okrągłym rondem, lekko uniesiony od przodu w górę. W taki sposób można było zliczyć milion malutkich zmarszczek na jego pomalowanym starczymi kropkami czole.
Cała magia rzeki odbijała się w jego oczach, które wyglądały teraz jak dwa małe zwierciadełka, które są tłumaczem i lektorem smutku jaki przekazuje mu nurt.
Jego ciało okrywał kaszmirowy płaszcz w odcieniu brązu suszonych liści, które leżały dywanem wszędzie dokoła.
Szerokie spodnie w kant i coś co burzyło wizerunek jego eleganckiej postaci, białe adidasy. Prawy but miał nieco wyższą podeszwę od lewego.
Dziadek wyglądał jak dobry duch lasu niosący radosną nowinę.
Przypominał mi druida władającego magią natury, jego bukowa laska mogłaby śmiało posłużyć za magiczny kostur.

Zebrałem się na odwagę i zapytałem.
– Gdzie chciałby pan zdążyć?

– Bardzo daleko. Moja żona jest bardzo daleko, chciałbym ją odwiedzić. Obawiam się, że nie mam już za wiele czasu i nie zdążę. Za oceanem.

Jego głos, poczułem w nim rezygnację i rozżalenie godne człowieka przegranego. Zastanawiałem się dlaczego ktoś taki jak on, osoba o tak czystych oczach i tak pogodnej powierzchowności może mówić w taki sposób.

– Dlaczego nie ma pan czasu? Przecież można dolecieć niemal wszędzie samolotem, w zaledwie kilka godzin. Gdziekolwiek jest pana żona, może pan ją zobaczyć za parę dni.

– Obawiam się, że to niemożliwe. Nie mam już czasu, nie zdążę.

– Jak to nie ma pan czasu?

Po policzku popłynęła mu gęsta łza.
Ścisnęło mi klatkę piersiową i sam byłem już bliski płaczu kiedy obserwowałem jego wypływający z każdym oddechem skumulowany żal.
Ręka, którą opierał na lasce poczęła się trząść. Odrzucił kij za siebie i powoli zabrał się za zgapianie mojej pozycji.
Wstałem i podskoczyłem do niego żeby podać mu ramię i pomóc usiąść.
Po chwili siedzieliśmy obok siebie i patrzyliśmy w nieprzerwany bieg rzeki.

– Będąc w twoim wieku myślałem, że jestem nieskończony. Myślałem, że czas dla mnie nie istnieje, a ja zawsze będę mógł popełniać błędy, podróżować albo siedzieć przed telewizorem. Musiałem przejść długą drogę żeby nauczyć się szanowania czasu.
Teraz go nie mam, wiem to. Jestem już stary, schorowany. Myśli mi się ciężko.
Mam nawet wrażenie, że niczego się nie nauczyłem od czasu kiedy byłem w twoim wieku.

– Wygląda pan na człowieka, który przeżywa życie. Nie omija go.

– Bystry z ciebie chłopak.

Zarumieniłem się. Nie chciałem go pytać o żonę. Dziadek był pełen gorzkiego bólu.

– Dlaczego więc mówi pan, że nie ma czasu?

– Przyjechałem tu na wykład o pracy teologicznej dotyczącej mojej ostatniej książki. Jestem profesorem filozofii, uczyłem się na tutejszym uniwersytecie.
Moja żona została w Australii, tam mieszkamy. W nocy trafiła do szpitala.

Głos mu zadrżał i widziałem, że ledwo powstrzymuje się od płaczu. Ziemia pod nami dudniła od tej przemożnej troski.

– Doznała wylewu. Lekarze nie dają jej szans. Może umrzeć w każdej chwili. Obecnie jest w śpiączce farmakologicznej.
Trzydzieści osiem lat. Jest moją najbliższą przyjaciółką. Przeżyłem z nią trzydzieści osiem lat szczęścia żeby wylądować właśnie w tym miejscu z całym bagażem życia. W samotności, dziewięć tysięcy mil od niej.

Ekstremalna przykrość ogarnęła moje serce i ciało. Zbliżyłem się do dziadka i objąłem go ramieniem. On wtulił twarz w dłonie i tak płakaliśmy oboje, a nasze łzy mąciły nurt spokojnej, jesiennej Tamizy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s