Jej ogród cz. VI „Cmentarz Loyasse”

Słodki Boże.
Otworzyłem oczy i poczułem jak delirium tremens ogarnia moje ciało.
Butelki po winie stały puste, jedna obok drugiej. Prawdopodobnie zapijałem wino winem ubiegłego wieczoru.
Dłonie trzęsły mi się tak, że nie potrafiłem złapać na nie ostrości wzrokiem, który przyćmiony od bólu głowy próbował jednocześnie napotkać coś do picia.
Sycylijczycy mawiają, że na kaca najlepsze jest młode, słodkie wino.
Nie myślałem, że skończę z dwoma wyżłopanymi butelkami, więc nie zaopatrzyłem się odpowiednio.
Na szczęście w szafce znalazłem butelkę niegazowanej wody mineralnej, którą opróżniłem w przeciągu minuty. Plastik poleciał do recyklingu.
W kuchni stał słoiczek z herbatą, poznałem rumianek, dla aromatu dodano suszone liście lawendy. To się nada, pachnie wybornie.
Zaparzyłem imbryczek i położyłem się na kanapie żeby oswoić boleści ciała i duszy.

To co wydarzyło się ubiegłego dnia w żaden sposób nie zostało przeze mnie zarejestrowane jako możliwe.
Szczerze nie wierzyłem, żeby potrąconym człowiekiem był biskup, z którym rozmawiałem zaledwie kilka godzin wcześniej.
Myślałem, że kiedy wrócę do kościoła to go tam zastanę i on osobiście oprowadzi mnie po cmentarzu.
To byłoby przecież paranoidalne.
Widziałem trupa, tak mi się przynajmniej wydawało.
Ratownicy medyczni bez pośpiechu doglądali ciała w oczekiwaniu na policję.
O zgrozo, to musiał być biskup Futton.
Już miałem zamiar zwariować, ale nie mogłem. Wszystko zdawało się nierealne, ale było prawdziwe.
Szczypałem się w nadgarstek żeby udowodnić sobie, że to nie jest zły sen.
Kac dowodził temu podwójnie.

Moim zasadniczym problemem był dylemat czy śmierć księdza to wypadek, zbieg dotkliwej okoliczności, powinność losu i wyrok boski zarazem.
Czy mój przyjazd i odbyta z nim rozmowa mogła mieć z tym cokolwiek wspólnego?
Byłem szarakiem, na pewno przepełnionym dziwactwami, zamkniętym w sobie i nieśmiałym, więc kiedy to wszystko zaczęło się dziać nie potrafiłem tak po prostu zgrywać Sherlocka.
Pobiegłem do łazienki zwrócić wypitą butelkę wody i pierwszy łyk rumianku z lawendą.
Nic w przyrodzie nie ginie.
Było nie było, musiałem podsumować fakty.

Jaki związek z wydarzeniami mieli poznani przeze mnie w ubiegłym miesiącu Elizabeth i jej wąsaty kolega.
Kim tak właściwie byli i o co chodziło ze zmieniającym się w zależności od pory dnia sklepem?
Kto spuścił mi manto kiedy obserwowałem witrynę na ulicy Lewisa Carrolla?
Kto posługiwał się tożsamością Matthieu Revela i dlaczego?
Kto i dlaczego śmiertelnie potrącił biskupa Futton?

Wszystkie te pytania i wiele innych ciążyły mi jak zgaga po plackach ziemniaczanych, które zjadłbym teraz z największym apetytem.
Dla samego smaku oczywiście, bo chwilę później musiałbym je zwrócić.

Faktem było, że sklep w którym poznałem dręczącą moje myśli Elizabeth nie był wynajmowany od miesięcy. Z kolei mam pewność, że byłem w środku w momencie kiedy sprzedawano tam gumowe lale i tym podobne artefakty erotyczne.
Nazajutrz w sklepie sprzedawano chleb i pieprzony sernik wiedeński.
Tutaj tkwił zalążek paranormalnej tajemnicy.
Bilet Revela i owiana tajemnicą niepewności śmierć biskupa to dodatki.
Jest jeszcze tajemniczy list z wierszykiem i kluczyk do cholera wie jakiego zamka.

Zrobiło mi się bardzo smutno i ciężko na duszy z powodu śmierci tego dziadka z krzaczastymi brwiami. Pomimo swojego podeszłego wieku tętnił życiem i energią, którą czerpał zapewne z głębokiej wiary.
Na pewno pijał wodę święconą z Lourdes, która dostarczała mu dodatkowej witalności. Może te brwi od niej tak urosły.

Straciłem plan, a właściwie człowieka, który miał mi pomóc.
Pozostało mi udać się na cmentarz i odnaleźć grób Revela w pojedynkę, a potem wybrać się w jego rodzinne strony, do Teyran.
Pogoda sprzyjała od samego ranka pieszym wycieczkom.
Słońce wisiało wysoko na niebie, lecz górski wiatr docierał do miasta i skutecznie schładzał jak dobra, zimna lemoniada z miodem.
Ubrałem się lekko, a kiedy spojrzałem na parasol, nie zawahałem się schować go do plecaka. Angielskie przyzwyczajenia.
Zanim ruszyłem na cmentarz postanowiłem wstąpić do kawiarni po drugiej stronie ulicy, gdzie zamówiłem dwie babeczki z makiem, które okazały się być uzależniające już po pierwszym kęsie.
Były wilgotne i kruche zarazem, jeżeli to w ogóle możliwe, wypiek arcydzieło.
Zrobiło mi się po nich niedobrze, wczorajsze wino nie dawało za wygraną i wysysało ze mnie ostatnią życiową energię.
Zamówiłem dodatkowo espresso i butelkę wody.
W momencie poczułem się lepiej. Byłem gotowy zmierzyć się z cmentarzem w Lyonie.
Jednak zanim udam się na poszukiwania miejsca spoczynku mojego witrażysty, wstąpię do katedry, pomyślałem. Może księża wiedzą coś na temat śmierci swojego biskupa.

Pod wejściem do katedry stał zgarbiony zakonnik, Jezuita. Postanowiłem do niego zagajać jako wierny.

– Szczęść Boże ojcze. Czy ma ojciec chwilę dla pokornego sługi jezusowego? – kiedy byłem młodszy, grywałem w przedstawieniach akademickich.

– Szczęść Boże mój synu, w czym mogę ci pomóc? Co trapi twą duszę? – zaskakująco dobrze mówią po angielsku tutejsi duchowni.

– Słyszałem, że kościół spotkała tragedia. Ogromna strata księdza biskupa. Jak do tego doszło?

– Oh, Boże wszechmocny, ugość wiernego sługę w swoim królestwie. Opiekuj się jego duszą, gdyż chwała jego na ziemi, nigdy nie zgaśnie. Brak naszego biskupa Futton, będzie ciążył na nas bardzo długo. Wczoraj miał miejsce wypadek niedaleko cmentarza Loyasse. Biskup stracił życie pod kołami samochodu, niestety nie wiemy nic więcej. Policjanci badają przyczyny wypadku i próbują odszukać kierowcę, który uciekł z miejsca tragedii.

Niczego nie dowiem się w taki sposób. Najwyższy czas udać się na cmentarz.

– Niech Bóg ma w swojej opiece czcigodnego ojca Futton. Pozwoli ksiądz, że zapytam czy do Teyran jeżdżą bezpośrednio busy z Lyonu?

– Tak, ma pan ze sobą mapę?

Podałem mu mapę, a on nakreślił mi kilka przystanków, z których złapię busa do Teyran. Zaznaczył również stację kolejową, z której odjeżdża pociąg bezpośrednio do miasteczka. Wybiorę pociąg i przy okazji pozwiedzam okolicę.

Po raz kolejny stanąłem przed bramą cmentarza, który ewidentnie nie chciał mnie wpuścić. Na metalowej zasuwie zamontowane kłódkę. Mógłbym przysiąc, że ubiegłego dnia jej nie było.
Dla mnie to żadna przeszkoda, mur okalający cmentarz był niski. Wdrapałem się w miejscu w którym jedna z cegieł wystawała tak żebym mógł oprzeć na niej nogę.
Po minucie byłem po drugiej stronie.
Upewniłem się, że nikt nie widział jak przewalam się przez mur i ruszyłem przed siebie.
Większość grobów naznaczonych czasem rozsypywało się w drobny mak, na niektórych epitafia całkowicie zniknęły z powierzchni kamiennych płyt.
Leżeli tu ludzie zmarli w osiemnastym wieku, co wskazywało na wiekowość cmentarza. Rozglądałem się bacznie, wypatrując czegoś szczególnego, czegoś co mogłoby zwrócić moją uwagę.
Cmentarna aleja oznaczona była literami alfabetu rzymskiego.
Każda litera odpowiadała szeregowi grobów, które zapewne widniały w jakimś ogólnym spisie.
Znalazłem się już przy literze M, kiedy moim oczom ukazał się wyróżniający nagrobek.
Mam cię mój przyjacielu Matthieu.

Na granitowej płycie umieszczono kolorowe kawałki szkła, które zdobiły panoramę krótkiej sentencji zapisanej łaciną vince in bono malum – zło dobrem zwyciężaj.
Znany cytaty biblijny.
Wyraźną ryciną w italice zapisano imię i nazwisko Matthieu Revel.
Niestety ktoś parszywie zeskrobał datę urodzin i śmierci artysty.
Na płycie nagrobnej leżały świeże lilie, ktoś musiał przynieść je bardzo niedawno.
Co by nie było, kolejna wtopa. Niczego się tutaj nie dowiem.
Obszedłem grób dookoła jakieś pięć razy i nie znalazłem niczego poza wypaloną zapałką i kapslem po piwie.

Zapaliłem papierosa i wpatrywałem się w te kolorowe miniaturki szkła w nieistotnym kształcie, budujące ramę nagrobka.
Dostrzegłem, że na jednym odłamku widnieje feniks z pieczęci.
Miałem więc pewność, że trafiłem na właściwy grób, ponadto elementy układanki zaczęły się jako tako łączyć, chociaż nie rzucały większego światła na sprawę.
W chwili gdy tak sterczałem zamyślony, poczułem chłód czyjegoś spojrzenia od strony centralnej alejki cmentarza.
Obróciłem głowę i dojrzałem człowieka, który niczym nie różnił się od serialowego zombie.
Można o mnie powiedzieć, że jestem blady, tak ten nieprzyjemny typ był biały jak wapno rozsypane na asfalcie.
Ubrany na czarno, swoje ślepia wlepił w moją osobę i stał tak nieruchomo z opuszczonymi rękami.
Wypowiedział jakąś francuską wiązankę, która połamałaby mi język, gdyby kazano mi to powtórzyć.
Nie brzmiał przyjaźnie, po tym wywnioskowałem, że nie chce zostać moim kolegą.
Powtórzył tę słowną zagadkę na głębszym wdechu, z jeszcze mniej przyjaznym wydźwiękiem.
Kiedy zaczął się zbliżać zauważyłem, że kuleje. Mam przewagę, pomyślałem.

Nie mogłem być w większym błędzie, ten gość mimo tego, że ewidentnie miał kikuta zamiast nogi, poruszał się sprawniej niż maratończyk.
Bałem się go nie na żarty, szczególnie po wydarzeniach z ubiegłego dnia, kiedy to widziałem trupa księdza, trupa po raz pierwszy w życiu.
Roztrzaskanego na drodze jak słoik z powidłami.
Nie zastanawiałem się ani chwili dłużej i zacząłem biec w przeciwnym kierunku do białego napastnika.
Kawałek dalej mogiły były ułożone tak ciasno, że byłem zmuszony do skakania po nagrobkach, więc skakałem.
Obejrzałem się za siebie. Mój prześladowca nadal podążał za mną, więc przyspieszyłem.
Od północnego muru dzieliło mnie jakieś pięćdziesiąt metrów, zdecydowałem puścić się sprintem i jak zając przeskakiwałem z płyty na płytę.
Słaba kondycja, ale nogi wciąż twarde.
Dotarłem do muru, nieco wyższego niż od południa, lecz sprawnie wdrapałem się na
górę.

Ostatnie spojrzenie w stronę cmentarza, nie mogłem dostrzec bladego.
Nigdzie go nie było, zapadł się pod ziemię. Wrócił do swoich.
Co to się porobiło, pomyślałem.
Wtedy spojrzałem na drugą stronę muru, gdzie stromy spad dzielił mnie od gruntu jakieś dwadzieścia metrów w dół.
Chyba mam szczęście, zaledwie kilkanaście metrów dalej jest prawie płasko.
Bladego agresora nie widać w pobliżu, więc mogę śmiało zeskoczyć i podejść do murka.
Udało mi się i bez chwili wytchnienia pobiegłem w kierunku swojego mieszkania.

Po drodze do domu uświadomiłem sobie jeden szczegół, który z początku wydał mi się nieistotny.
Napotkany na cmentarzu zombie miał na dłoniach rękawiczki.
Prawdopodobnie nie zwróciłbym na to szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że rękawiczki były ogrodowe.
Biała na prawej, niebieska na lewej dłoni.
Tajemnica prześcigała tajemnicę, a ja w samym środku wydarzeń, których kompletnie nie rozumiałem.
Wracając do domu czułem się obserwowany, od tamtego momentu nie rozstałem się z zimnym uczuciem podejrzliwości.
Jestem ciekawskim idiotą i jutro wyjeżdżam do Teyran, zadecydowałem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s