Jej ogród cz. V – „Talenty”

Urlop dostałem od ręki. Odniosłem nawet wrażenie, że moi przełożeni z przyjemnością podpisują wniosek o wolne. Być może, wcale mnie nie potrzebują.
Zawsze czułem się niedoceniony przez muzealną śmietankę towarzyską.
Chłopiec od zakurzonych książek nie zasługuje na uwagę.
Ostatnio bardzo zacząłem użalać się nad sobą, szczególnie po tych wszystkich wydarzeniach, które mnie spotkały.
Nie miałem komu się wygadać bo wszyscy uznaliby, że straciłem rozum.
Sam poniekąd tak czułem, może odpowiednio wyspecjalizowany lekarz mógłby mi pomóc, ale nie odważyłbym się udać do psychiatry.
Myślę, że od razu zamknęliby mnie w wariatkowie.
Jedynie Judasz słuchał co mam do powiedzenia, chociaż i on okazuje się być ignorantem w wielu kwestiach.
Codzienna kąpiel w ślinie jest dla niego ważniejsza niż posłuch dla przyjaciela, cały świat tak ma.

Samolot do Lyonu wylatywał w samo południe z lotniska w Londynie. Dojechałem bez większych problemów.
Byłem na lotnisku na trzy godziny przed wylotem.
Mam ogromny przestrach, że się spóźnię, zawsze mnie to gryzie.
Jeżeli nie wyjadę z odpowiednim wyprzedzeniem wpadam w stan podobny apopleksji, ledwo kontaktuję z rzeczywistością.
Myślę, że to rodzaj fobii w obawie przed spóźnieniem na coś ważnego. Coś co może na zawsze przepaść. Mam tak od dziecka, kiedy po raz pierwszy spóźniłem się na jedyny autobus do szkoły jaki wyjeżdżał rano z przystanku niedaleko domu.
Całą drogę do szkoły musiałem odbyć na piechotę, na dodatek założyłem nowe buty, które pokiereszowały mi stopy.
Istna droga krzyżowa, od tamtej pory nie pozwalam sobie na tego typu spóźnienia, za to uwielbiam przychodzić niepunktualnie na spotkania. Wiem, że ludzie będą czekać.
Jeżeli nie czekają to znaczy, że im nie zależy i równie dobrze mogę siedzieć w domu.

Wypiłem kawę z automatu. W zasadzie ciężko to nazwać kawą, brudna, lekko osłodzona woda. Wziąłem ze sobą jakieś książki o historii Lyonu i jeden przewodnik po najważniejszych atrakcjach miasta, więc czas przeleciał stosunkowo szybko.
Odprawa i wylot odbyły się nadzwyczaj sprawnie, w samolocie zasnąłem głębokim snem. Obudził mnie silny ból zatok, mój chroniczny katar.
Może i nie czuję smrodu tak jak inni, a wciąż jestem w stanie rozpoznać zapachy kwiatów, ale nie nadaję się do lotów samolotami. Do diabła, loty to najgorsze co mnie w życiu spotyka.
Pomyślałem, że następnym razem pojadę pociągiem, o ile w ogóle będzie następny raz.

Z lotniska zamówiłem taksówkę do wynajętego apartamentu niedaleko centrum miasta. Mieszkanie było małe, ale własne. Miałem dostęp do kuchni i świeżą, pachnącą płynem do płukania pościel.
Wszystko czego było mi potrzeba.
Na oknie stała cała kolekcja drzewek bonzai, powykrzywianych w fikuśne formy, miniaturowych krzaczków.
Widok z balkonu rozciągał się na rozległy plac z fontanną pośrodku.
Pod fontanną dostrzegłem grupę ludzi, którzy wypuszczali dookoła siebie chmury dymu, bynajmniej nie palili papierosów. Cała okolica była nieciekawa, lecz mieszkanko przypadło mi do gustu.

Rozeznałem się na mapie gdzie leży bazylika, mój pierwszy punkt podróży.
Na szczęście nie było daleko, mogłem udać się tam nawet na piechotę, spacer zajmie mi około trzydziestu minut.
Po drodze wpadłem na croissanta do niewielkiej kawiarni na rogu kamienicy w której wynajmowałem mieszkanie.
Był suchy i ledwo go w siebie wepchnąłem, na szczęście podano mi dobre espresso, które postawiło na nogi mnie i moje oczekiwania.
Miasto ma swój urok, ale nie mógłbym w nim mieszkać.
Zawsze zastanawiam się czy mógłbym mieszkać w miejscu które odwiedzam, przez to świat wydaje się dla mnie za mały.

Architektura katedry Notre-Dame de Fourvière rozłożyła mnie na łopatki.
Szkielet osadzony w białym kamieniu imponował rozmachem i wielkością. Wyczuwalny z odległości mili przepych napawał mnie odrazą.
Nie dziwota, kościół to kościół.
Katedra przypominała bardziej fortyfikację rodem z powieści Tolkiena, aniżeli świątynię bożej opatrzności.
Rozejrzałem się dookoła, pomnik mojego, wielkiego rodaka, duchowego przywódcy, stał nieopodal wejścia.
Podejrzewam, że papież przeznaczyłby pieniądze z budowy tego żelastwa na szczytniejsze cele. Jednak ludzie muszą stawiać sobie pomniki, bez tego pewnie by zapomnieli, że ktoś taki istniał. Szczególnie, że większość z nich zapomniała o istnieniu książek. Mimo wszystko miło spotkać znajomą twarz pośród tłumów.

Przed wejściem zapaliłem papierosa i kontemplowałem odległe alpy na horyzoncie, hen daleko poza granicami miasta.
Obiecałem sobie, że niedługo rzucę. Czuję się coraz gorzej, zdrowie szwankuje.
Starzeję się, a papierosy tylko przyspieszają ten proces.
Wolę umrzeć na suchoty niż zadusić płuca tym wstrętnym dymem, który sprawia tyle pozornej przyjemności.

Katedra mieniła się w blasku słońca, oślepiała wręcz swoją bielą. Pogoda godna pozazdroszczenia, a ja muszę zapuszczać się w te katakumby.
Mam misję do wykonania, przekazać pozdrowienia od pomarszczonego księdza, którego personaliów nie poznałem. Moim celem był biskup Futton, opiekun tej posiadłości.
Ponadto miałem do wielebnego kilka pytań odnośnie pana Revela, który mnie dręczył z zaświatów.
Co pewien czas nawiedzało mnie wspomnienie Elizabeth. Jej oczy ukazywały mi się z pełnią realizmu, gdzieś na dnie wyobraźni.
Próbowały mi coś przekazać, lecz nie byłem w stanie dostrzec niczego poza dwoma, zimnymi kamieniami, zamkniętymi w odległym pragnieniu zrozumienia.
Wspomnienie odchodziło tak szybko jak się pojawiało, jednak zawsze pozostawiało po sobie uczucie zimna. Tak jak apetyczny rosół w półmisku, z którego kipi para, jednak po uchyleniu łyżki okazuje się, że zupa jest zimna i pozostawia tłusty, cierpki osad na podniebieniu.

Wewnątrz, moim oczom ukazał się mistyczny przepych. Bogactwo złoceń naściennych, wygrawerowanych na marmurowych płytach aż do sklepienia.
Całość utrzymana kompozytowymi kolumnami, wykutymi z kunsztem i smakiem, pełnią zaangażowania w cienistym marmurze.
Wszędzie wokół zdobienia, witraże wpuszczające rozproszone światło, ekstrawagancka posadzka.
Poczułem się jak w sali tronowej króla wszechświata. W istocie tak przecież było.
Nie zgadzały się teorie, że Boga do złota nie ciągnie. Ludzi za to, kusi ponad miarę.

Po prawej stronie nawy głównej napotkałem duchownego. Okazał się być biskupem, którego szukam. Ojciec Futton we własnej osobie.
Staruszek miał tak krzaczaste brwi, że mógłby nimi zamiatać posadzkę kościoła bez zginania kolan. Głęboko osadzone oczy zwiastowały przyjaźń i ciepło, a śnieżnobiałe włosy dodawały otuchy i płynącej z jego postaci gościnności.

– Dzień dobry księże, czy mogę mówić po angielsku? – nawet nie wiedziałem czy się dogadamy.
– Szczęść boże, tak, oczywiście. Chce pan uzyskać sakrament pokuty? A może przychodzi pan w zupełnie innej sprawie? – ksiądz miał czysty akcent, delikatny, bardzo specyficzne jak na Francuza.
– Niosę dla księdza pozdrowienia od przyjaciela z Oksfordu. Kazał księdza mocno uściskać i przekazać, że jeszcze żyje.
– Stary dobry Joshua. Dobrze słyszeć, że ma się dobrze i przysyła kogoś z pamięcią.
– Tak, na pewno pamięta. Przychodzę z kilkoma nurtującymi pytaniami odnośnie niejakiego witrażysty Matthieu Revela. Podobno jego grób mieści się na pobliskim cmentarzu. Mógłby mnie ksiądz jakoś naprowadzić? Przy okazji czy poznaje ojciec tę pieczęć? – pokazałem mu kopertę z czerwonym stemplem w kształcie ptaka, feniksa.
– Niech pan pójdzie za mną do zakrystii, zaparzę herbaty i porozmawiamy. Pije pan rumianek?
– Tak, uwielbiam parzone zioła. Dziękuję bardzo.

W przeciwieństwie do centrum kościoła, zakrystia była skromna. Wydłubana w drewnie z małym pomieszczeniem gospodarczym i ławą przy ścianie.
Na tyłach dostrzegłem garderobę na sutanny i inne duchowne rekwizyty. W gablocie po prawej stronie stały kielichy i złote półmiski.
Wszystko było poukładane, a jedyny zapach jaki poczułem to żywe drewno, sączące przyjemną woń popiołu i żywicy.
Biskup Futton podał mi zgrabną, porcelanową filiżankę z torebką kwiatów suszonego rumianka.

– Pieczęć, którą mi pan pokazał stosował ród Revela jeszcze w czasach swej świetności. W pewnym momencie waśnie pomiędzy członkami rodziny spowodowały jej trwały rozpad. Od tamtej pory nikt z Revelów nie używał symbolu feniksa.
Wiele mówiło się w tych stronach o sławnym rodzie artystów. Głównie legendy na temat ich pochodzenia. Ludzie uwielbiają bajki, żyjemy już w takich czasach, że większość została zapomniana i nawet nie karmi się nimi dzieci.

– O jakich bajkach ksiądz mówi? Jaka jest tajemnica pochodzenia Revelów? – nie mogłem powstrzymać grzesznej ciekawości.

– Mawiano, że Dominique Revel, głowa rodu, zawarł pakt z tym, którego imienia nie chciałbym wymawiać w tym świętym miejscu.
Dominique postawił na szali bezpieczeństwo swojej rodziny, pewny, że pakt nigdy nie zostanie zerwany, a koniec jego życia rozwiąże go na zawsze.
W zamian za to każdy członek jego rodziny miał otrzymać talent, który wykorzystałby w słusznym celu.
Od tamtej pory rodzina Revelów tryskała natchnieniem i nieustannym pędem tworzenia. Niestety, doprowadziło to również do wielkich różnic i członkowie skłóconej rodziny rozeszli się na wszystkie strony świata.
Dominique pozostał w swojej posiadłości w Teyran, wezwał do siebie Złego i zerwał tym samym pakt, twierdząc, że jego rodzina nie jest dłużej bezpieczna.
To wydarzenie przypieczętowało los członków rodu Revel.
Losy jednych są jaśniejsze od drugich, wiemy co się stało z Matthieu, Theodore i Elizabeth, jednak familia Revelów była bardzo liczna.
Tak czy inaczej mój przyjacielu, to tylko legenda, w którą już dziś się nie wierzy.
Tak samo jak nikt nie wierzy w perypetie Mistrza i Małgorzaty.
Stempel na pańskiej kopercie musi być czystym zbiegiem okoliczności, chociaż łudząco przypomina ten znak rodowy.

– Mógłby mnie ksiądz zaprowadzić na grób Matthieu? Jeżeli to nie sprawi ojcu problemu, chciałbym również prosić o kilka wskazówek odnośnie dojazdu do Teyran z Lyonu.

– Oczywiście, niech pan ubierze lepsze buty i spotkajmy się za dwie godziny na miejscu, cmentarz leży niedaleko stąd. Znajdzie go pan idąc wzdłuż znaków.

Biskup Futton miał nosa co do pogody i mojego obuwia. Zaczęło padać, a wszystko wokół stanęło w błocie. Wróciwszy do domu zamieniłem trampki na wysokie buty i ruszyłem na spotkanie z księdzem.
Doszedłszy na cmentarz stanąłem przed zamkniętą na zasuwkę, metalową bramą, widziałem stąd ceglany komin i kilka małych domków dookoła drogi.
Ksiądz powinien już tu być, sam przyszedłem o dziesięć minut za późno.
Rozglądałem się na wszystkie strony i już miałem ruszać w kierunku katedry, kiedy usłyszałem przeciągły i raptownie urwany krzyk.
Dochodził od strony drogi, pobiegłem na miejsce. Futton leżał na wznak na jezdni. Gęsta i lepka maź sączyła się wokół niego nakreślając kształt półksiężyca.
Ludzie już zadzwonili po ambulans i policję.

– Ktoś potrącił go i uciekł, człowiek w białym samochodzie, jechał bardzo szybko. – relacjonował mi roztrzęsiony młodzieniec, który był świadkiem zdarzenia.

Karetka przyjechała po kilku minutach, biskup Futton, którego poznałem dwie i pół godziny wcześniej był już martwy.
Postanowiłem wrócić do domu, przestało padać, lecz gęsta mgła nie pozwalała widzieć na odległość większą niż dwa metry.
Po drodze kupiłem dwie butelki białego wina, średnio świeże pieczywo i kawał sera pleśniowego, śmierdziela.
Wyjąłem z bagażu przewodnik po Lyonie i zacząłem bezmyślnie przerzucać strony dopóki nie usnąłem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s