Jej ogród cz. IV „Szkło malowane”

Strach potrafi sparaliżować. Staram się nie odczuwać strachu w jego czystej formie. Dozuję go w taki sposób, żeby dodawał mi energii.
Tym razem jednak bałem się nie na żarty.
Bałem się kościołów, tego co jest w środku tych posępnych budowli. Nie wyobrażałem sobie żeby cokolwiek mogło zmienić moje nastawienie.
Widziałem w życiu setki świątyń, należących do różnych wyznań i uczęszczanych przez ludzi różnych nacji. Najbardziej bałem się tych katolickich.
W większości panował mrok, ich rozmach, ukryta misteria i bijący ze wszystkich stron chłód przerażały mnie jak cholera.
Kościoły katolickie to jedyne miejsca na dotychczas skwapliwie poznawanym świecie, które wzbudzały we mnie grozę, odrętwienie i chyba Bóg wie co jeszcze patrząc na mnie sterczącego wewnątrz.

Ten kościół nie różnił się od reszty niczym.
Wąskie nawy, ściśnięte ze sobą były otoczone z boków konfesjonałami rytymi w drewnie. Do prezbiterium prowadził równie wąski pas płóciennego materiału w odcieniu szarości. Gdzieś na tyłach kryła się zakrystia. Sam ołtarz nie przedstawiał się nazbyt bogato. Na malowidle widniała Matka Boska z dzieciątkiem, czyli tradycja. Skąd pochodziła owa matula, pojęcia nie mam. Wyglądała na europejską formę kobiety.
Malarz-artysta nie popisał się wcale, tyle powiem.
Nad wejściem do budynku wisiała balustrada, a na jej szczycie organy. To dla mnie jedyny element kościoła, dla którego warto się poświęcić i przestąpić jego próg.
Ten instrument wyposażony był w ręczny miech, osadzony w prostej konstrukcji z drewna. Pokutna ławeczka organisty, przed nią manuał w gładkiej, najprostszej postaci.
Nad wszystkim górowały piszczałki i ich menzury.
Piękny i majestatyczny instrument, którego każdy pragnie posiąść lub spamiętać pełną strukturę jego budowy.

Nacieszyłem oczy organami, lecz przyszedłem do kościoła w zupełnie innym celu. Udałem się do bocznych drzwi po prawej stronie nawy, prowadziły do schodów na piętro. Wszedłem po starych, skrzypiących schodach i wdrapałem się na miejsce chóru. Musiałem okrążyć balkon dookoła, ponieważ droga prosta, zastawiona była przez wysokie, drewniane parawany.
Dotarłem pod witraż mieszczący się tuż przed instrumentem. Rozejrzałem się wokół.
Po raz pierwszy od przekroczenia progu tego budynku poczułem, że jestem tu sam jak palec. Wszechogarniająca cisza dopiero teraz dała mi o sobie znać.
To uczucie pustki i samotności przeraziło mnie jeszcze bardziej, więc zabrałem się za badanie szklanej scenerii.
Na zewnątrz było jasno, więc mogłem dostrzec każdy szczegół.
Anioł siedzący na chmurze, trzyma jabłko i wieniec laurowy, obok niego człowiek, w białej szacie, wyglądało to jakby zmierzał w kierunku anioła.
Człowiek z głową rozbitą najprawdopodobniej kamieniem, a nad tym brakującym elementem układanki mój ptak.
Wycięty z czerwonego szkła zwijał się w formę gryfa ścigającego swój własny ogon, niemal dla zabawy. Jego dziób wykonany był ze szmaragdowo zielonego kawałka szkła. Nie przypominał on wróbli, które widuję u siebie na balkonie.
Szczegółem, którego nie mogłem dostrzec na pieczęci było pióro, które spadło z jego grzbietu i leciało wprost na podstawę całej scenerii, łąkę.
Szeroki pejzaż rozciągał się na dole, pod bohaterami pierwszego planu. Można było dostrzec gromadę zgarbionych ludzi, zaciskających dłonie w znaku modlitwy.
Za nimi, w tle, ciągnęły się pola uprawne i przedzielający je pas jakby oschłej trawy. Przykuło to moją uwagę, przypomniałem sobie fragment wiersza z listu.
Idąc wzdłuż brunatnej miedzy […]
Witraż był bardzo szczegółowy i można było z niego wiele wyczytać, ale całość nie zbliżała mnie do rozwiązania zagadki w żaden możliwy sposób.

– To arcydzieło, ciężko oderwać wzrok. Ma się wrażenie jakby życie toczyło się przed oczyma w tych kawałkach malowanego szkła.
Niech pan tylko spojrzy na ten prowizoryczny wiatr, muśnięcie błękitu, jak zachowuje się całe otoczenie względem tego zjawiska atmosferycznego.
To duma naszego kościoła.

Ksiądz mógł mieć dwieście lat, był najbardziej zmarszczonym i skurczonym zarazem człowiekiem jakiego w życiu spotkałem.
Szczerze powiedziawszy wątpiłem w jego człowieczeństwo tak bardzo nie przypominał sobą ludzkiej formy, lecz jego słowa wywarły na mnie wrażenie.

– Tak, to prawda. Ma pan absolutną rację, głębia łączy się ze światłem i na pozór to wszystko tam żyje. Może mi pan powiedzieć co nieco na temat tego witraża? – zapytałem księdza.
– Nie wierzy pan w Boga, prawda? – zapytał.
– Muszę przyznać, że wiara nie jest moją domeną. – odparłem.
– W porządku. Wygląda pan na oświeconego, chociaż z tym plastrem na czole bliżej panu do zbira.
– Miałem mały wypadek po drodze do domu, ale czuję się dobrze. Dziękuję.
– Witraż jest dziełem człowieka, u którego podobnie jak u pana, wiara nie była na pierwszym miejscu przez większość życia.
Scena przedstawia interpretację archanioła Gabriela kierującego człowieka do bram raju, w geście jego zwycięstwa nad grzechem.
Prostota wyboru sprawiła, że witraż jest tym piękniejszy. Niestety ten szczęśliwy człowiek stracił całkiem niedawno swoją głowę. Wybił mu ją kasztan wrzucony tu przez kogoś od strony ulicy. Niestety ten łotr nie docenił kunsztu Revela i brakuje nam teraz pełni obrazu. Czekamy na lutnika, który powinien naprawić szkodę.
– Powiedział ksiądz nazwisko Revel? – zapytałem zaintrygowany.
– Tak, Matthieu Revel, to autor witraża. – odpowiedział.
– Czy wie ksiądz gdzie mogę go znaleźć?
Ksiądz zaśmiał się pod nosem, nawet jego śmiech był pomarszczony jak i jego usta.
– Revel żył w osiemnastym wieku. Zmarł w 1889 roku we Francji, jego grób znajdzie pan na cmentarzu archikatedry w Lyonie. Wiem, bo byłem tam w swoim życiu wielokrotnie, mój dobry przyjaciel jest biskupem owej diecezji.

Wychodziłoby na to, że trafiłem kolejne pudło, zbieg okoliczności. Może to wszystko co mi się ostatnio przytrafia jest ogromnym zbiegiem okoliczności. Może moja zdolność do nadinterpretacji wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem.
Postanowiłem spróbować jeszcze jednego i zapytać księdza o wiersz, który otrzymałem w tajemniczym liście jak i o symbolikę ptaka z pieczęci.

– Nigdy nie słyszałem tego wiersza, lecz zdaje się prosty do interpretacji. Dwa serca według mnie symbolizują dwie przeciwstawne postaci. Brunatna miedza ma być kojarzona z konkretnym miejscem, chociaż mogę się mylić, to zbyt ogólne określenie.
Mędrcem jest ktoś kto posiadł szczególną wiedzę i niechętnie się nią dzieli, więc jeżeli już coś zdradzi to jest to na wagę złota. Zachowaj czujność, nie popełni błędu. Nie wiem kto mógłby być mędrcem, lecz zbłąkane dusze kojarzą mi się z ludzkim zagubieniem. Być może mędrcem jest sama osoba boska, a zbłąkanymi duszami ludzie, którzy stracili w życiu swój sens. Potrzebują nawrócenia, na przykład tacy jak pan. Chociaż nie wygląda mi pan tak na zagubionego jak na zatwardziałego. Jest pan człowiekiem wiedzy, nie wiary. Życie bez wiary to ciężar. Sama wiedza nie nakarmi ducha. Nie będę jednak pana pouczał, myślę, że zna pan swoje sumienie, a kiedy będzie pan potrzebował duchowego wsparcia, wie pan gdzie mnie znaleźć.
W kwestii ptaka, to feniks. Symbolizuje zmartwychwstanie, przypisywane Chrystusowi.
Tak przynajmniej obrazuje go kościół katolicki, jednak ptak ten jest różnie interpretowany. Skoro pan tu trafił, nie próbowałbym szukać innych rozwiązań.

– Ma pan jakąś wiedzę na temat miejsca wydarzeń z witraża? Chodzi mi konkretnie o to co dzieje się na ziemi.

– To wieś Teyran, położona niedaleko Montepllier na południu Francji, miejsce urodzenia Revela. Warto się wybrać na wycieczkę, jeżeli tak bardzo interesuje pana jego życiorys. Może pan przy okazji odwiedzić mojego przyjaciela, biskupa Futton, z tego co pamiętam wie o wiele więcej na temat naszego artysty niż ja. Niech go pan ode mnie pozdrowi.

– Dziękuję panu za pomoc i czas.

– Niech pan czasem pomyśli o Bogu, na pewno byłoby panu lżej.

– Myślę o nim co wieczór. Do widzenia księdzu.

– Powodzenia.

Wyszedłem z kościoła w pośpiechu. Pomarszczony ksiądz rzucił nowe światło na sprawę. Ktoś robił sobie ze mnie otwarcie jaja. Pomyślałem, że może to gra nie warta świeczki. Z drugiej strony miałem sporo urlopu. Nigdy nie wykorzystywałem go do końca, ciężko samemu gdzieś się wybrać.
To może być odpowiednia okazja.
Wróciłem do domu, kupiłem bilet do Lyon Saint Exupéry na najbliższy piątek.
Wyciągnąłem butelkę białego wina z lodówki. Paskudnego swoją drogą. Napiłem się prosto z butelki, położyłem się do łóżka i zasnąłem jak dziecko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s