Jej ogród cz. III „Nie podglądaj”

Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem świat z perspektywy chodnika. Facjata przyklejona do bruku pasemkiem ściekającej z nosa krwi.
Podniosłem się powoli, próbując złapać pion, ledwo mogłem sobie wyobrazić jak to jest się wyprostować.
Całe ciało przenikał łamiący ból. Po chwili miałem ochotę wrócić do pozycji leżącej i przytulić się do zimnej kostki brukowej.
Zrobiłem to i kiedy tak leżałem mogłem poukładać swoje myśli.

Ktoś wyszedł z bramy za moimi plecami, która teraz stała zamknięta. Zakradł się, łupnął mnie czymś twardym w plecy i okradł. Zajrzałem do kieszeni, okazało się, że wszystko jest na swoim miejscu. Mój tandetny telefon, podniszczony portfel, klucze, paczka mentolowych dropsów, zapalniczka i papierosy.
Nic nie zniknęło, więc to nie był zwykły rabunek.
Byłem gotowy wstać i kiedy w końcu podniosłem swoje obolałe ciało zauważyłem, że do kolana przyklejony mam bilet kolejowy.
Bilet przytwierdzony był do spodni gumą do żucia, tak, że odlepiając go cały przeżuty glut został na materiale.
Spojrzałem na papier, nietutejszy. Koleje francuskie Montepllier – Lyon, wczorajsza data. Prawdziwa zagadka kryła się na drugiej stronie biletu. Jakaś niewprawna ręka wypisała tam czarnym atramentem nie podglądaj.
Sprawa zanadto się skomplikowała. Byłem obity, uderzając twarzą o ziemię rozwaliłem łuk brwiowy i nos. Przejrzałem się w szybie pierwszego sklepu i wyglądałem gorzej niż bezdomni spod mostu świętego Maurycego.
Zanotowałem numer telefonu z ogłoszenia na sklepie w którym niedawno mieścił się sex shop i piekarnia jednocześnie. Noce i dnie. 

Ruszyłem do domu, kulejąc i zataczając się z jednego końca chodnika na drugi. Miotany wiatrami bólu w lewej nodze, którą musiałem trzymać wyprostowaną co stanowczo utrudniało mi marsz. 
Do domu miałem spory kawałek, jednak nie było co liczyć na autobus. Spojrzałem na kościelny zegar, wybijała trzecia w nocy. Godzina demonów, w sam raz na nocne wycieczki, pomyślałem.
Dotarłszy do domu nawet nie przeszło mi przez myśl żeby zdejmować buty. Położyłem się na miękkim dywanie w salonie i tak zasnąłem.

Obudził mnie dźwięk syreny za oknem. Ból ciała nie ustąpił, zdecydowałem się jednak na kubek mocnej, czarnej kawy i gorącą kąpiel.
Wrzuciłem swoje zmęczone członki do wanny i odkręciłem wodę. W końcu mogłem odetchnąć. Przeleżałem tak godzinę, aż dłonie pomarszczyły mi się jak suszone śliwki i zbielały. Pomyślałem sobie, że mógłbym być rybą i mieć cały ten świat głęboko pod wodą.
Osuszyłem się, założyłem czyste ubranie i zdezynfekowałem rany na twarzy. Na brew przykleiłem ogromny czerwony plaster bo tylko takie miałem i wróciłem do salonu.
Z kieszeni spodni wyjąłem bilet niespodziankę. Przyjrzałem mu się ponownie i stwierdziłem, że jest imienny.
Podróżnikiem był niejaki Matthieu Revel. Francuz bez zwątpienia, tylko co jego bilet robił przyklejony gumą do żucia do moich spodni w momencie kiedy leżałem na ulicy Lewisa Carrolla.
Nigdy nie ufałem Francuzom, sam nie wiem dlaczego, może to przez ich twardy akcent.

Zaparzyłem dzbanek kawy i żeby uczcić nową znajomość przygotowałem francuskie tosty. Było już późne południe, lecz w niedzielę, pory dnia i posiłków kompletnie mnie nie obowiązują. To dzień wyłączony z jakichkolwiek praw i zasad.
Rozsiadłem się na kanapie, wyjąłem laptopa i zacząłem szukać informacji o Matthieu Revelu z Montepllier i Lyonu.
Muszę przyznać, że to jak szukanie igły w stogu siana. Nawet jeżeli ten człowiek był moim oprawcą to nie znajdę go tak łatwo.
Zastanawiałem się czy nie zadzwonić na policję, lecz doszedłem do wniosku, że to bez sensu. Byłem pijany, włóczyłem się późną porą po mieście, mogłem narazić się każdemu kto miał akurat zły humor i chciał kogoś zbić na kwaśne jabłko.
Odrzuciłem tę opcję i wyjąłem telefon żeby znaleźć numer z ogłoszenia na szybie.

Wykręciłem go, poczta głosowa. Nagrałem się:
– Dzień dobry, dzwonię w sprawie ogłoszenia, chciałbym wiedzieć gdzie znajdę poprzednich właścicieli lokalu przy ulicy Lewisa Carrolla. Będę bardzo wdzięczny za możliwie jak najszybszy kontakt. Pozdrawiam.

Nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Po kwadransie zadzwonił telefon.
– Witam, czy próbował się pan kontaktować w sprawie sklepu na Carrolla? – głos w słuchawce należał do starszego mężczyzny.
– Tak, chciałbym wiedzieć gdzie przenieśli się poprzedni właściciele lokalu.
– Nic mi nie wiadomo na temat poprzednich właścicieli, nasz sklep jest do wynajęcia od dobrych czterech miesięcy. Wraz z żoną prowadziliśmy w tym miejscu antykwariat. Zdecydowaliśmy się zamknąć działalność i udać na emeryturę. Dlaczego pan pyta?

Teraz to się dopiero porobiło. Lot nad kukułczym gniazdem murowany.
– Jest pan pewny, że nikt w tym czasie nie zajmował tego sklepu? – zapytałem tonem niedowiarka i imbecyla zarazem.
– Tak, proszę pana. Jesteśmy jedynymi właścicielami i klucze do sklepu mam tylko ja i moja żona. Przychodzimy na miejsce raz na tydzień, żeby zebrać pocztę.
Od miesięcy nikt tam nie urzędował.
– Dziękuję panu za informacje. Proszę pozdrowić żonę. Do usłyszenia.
– Dziękuję, powodzenia.
Rozłączyłem się i opadłem na fotel.
Sytuacja kompletnie wymykała się spod kontroli. Ba, jakiej kontroli. Jeszcze przed kilkoma tygodniami byłem na miejscu. Byłem w środku i jestem pewny tego co widziałem, a przynajmniej tak mi się zdaje. Moja pewność, stała się teraz bardziej niepewna niż istnienie duchów.
Na powrót zrobiło mi się niedobrze i musiałem się położyć. Po chwili zasnąłem.

Obudził mnie dźwięk zamykanej skrzynki na listy, którą niedawno zamontowałem w drzwiach. Wstałem powoli bo noga nadal bardzo mnie bolała. Siniec rozlał się na połowę uda i wyglądał okropnie.
Otworzyłem skrzynkę od wewnętrznej strony. W środku leżała koperta zaadresowana do mnie. Francuski znaczek pocztowy, przedstawiał jakąś rzeźbę rococo.
Na zamknięciu koperty widniał stempel, wybity czerwonym atramentem, obrazował smoka zwiniętego w spiralę, chcącego połknąć swój własny ogon.
Poszedłem do kuchni po nóż i delikatnie rozciąłem kopertę.

List był krótki i nie zawierał niczego co mógłbym na ten moment zrozumieć.

P.

Idąc wzdłuż brunatnej miedzy, odnajdziesz dwa serca.
Bądź czujny dokonując wyboru, zdaj się na słowa mędrca.
Jedno purpurowym okryte brzemieniem, drugie czerwienią miłości odziane.
Nie szukaj już dłużej nadziei, uratuj dusze zbłąkane.

S.

W kopercie znalazłem kolejną, malutką. Była otwarta i na jej dnie spoczywał kluczyk w kształcie węża. Na ciele gada wykonanym z mosiądzu wyryto inicjały R.M.
Ilość pytań zalegająca mi w głowie doprowadzała mój żołądek do zgagi. Pojawienie się listu z tajemniczym wierszykiem i kluczem otwierającym jakiś równie tajemniczy zamek przysporzyło mi kolejnych pytań.
Nienawidzę pytań pozostawionych bez odpowiedzi ze względu na niemożność ich uzyskania.

Nagle przypomniał mi się pewien szczegół. Wziąłem kopertę, zamknąłem ją tak żeby połączyć ze sobą dwie części stempla.
To nie był smok, tylko ogromny ptak. Dokładnie taki sam jak na witrażu, który poprzedniej nocy przykuł moją uwagę.
Ptak wydał mi się zwyczajny, więc nawet nie zwróciłem na niego uwagi. Teraz byłem pewny, że to dokładnie ten sam zwierz.
Nie byłem w kościele od szesnastego roku życia i byłem pewny, że żadna nadprzyrodzona siła nie zmusi mnie do przekroczenia progu świątyni.
Jednak nigdy nie wspominałem o ciekawości, która potrafi porwać mnie na drugi koniec świata w nadziei na odkrycie tajemnicy.
Ubrałem się i ruszyłem do kościoła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s