Jej ogród cz. II „Magiczny Skrzat”

Dni mijały szybciej niż zazwyczaj. W środku tygodnia myślałem, że jeszcze jest weekend i spóźniłem się przez to do pracy. Rozgorączkowanie niemal nie wepchnęło mnie pod pędzący autobus. Brakowało mi również apetytu, zacząłem żywić się łuskanym słonecznikiem i pestkami dyni, wierząc, że mam w sobie zapas witamin na następnych pięć lat życia.
Jesień powoli dobiegała końca, można to było wyczuć w powietrzu. Tylko ja i moje popaprane życie, zostaliśmy gdzieś z tyłu.
W księgarniach wszystkie książki nawiązywały do Elizabeth. Jej imię było namalowane na okładkach, wszyscy autorzy mieli na imię Elizabeth. Ekspedientka nosiła plakietkę z jej imieniem i próbowała mi wcisnąć świeżo wydany tomik poezji. Nietrudno zgadnąć jak na imię miała autorka owych poematów.
Zacząłem zdawać sobie sprawę, że wariuję i postanowiłem udać się na wycieczkę za miasto. Koniec tygodnia nadchodził wielkimi krokami, za cel obrałem niewielką mieścinę położoną kilkadziesiąt kilometrów za miastem.

W sobotę rano spakowałem swoje graty i już miałem schodzić do samochodu, kiedy telefon zaczął wibrować. Normalnie wyłączam dźwięk w komórce ze wstydu, że ktoś usłyszy mój dzwonek. W domu zaś sprawia mi przyjemność i słuchając piosenki jestem w stanie zignorować połączenie. She tied you to a kitchen chair, she broke your throne, and she cut your… podniosłem słuchawkę.
– Kto tam?
– Przejrzeliśmy twój życiorys, chcielibyśmy zaprosić cię na rozmowę, w poniedziałek o siedemnastej. – soczyście zobojętniały głos.
Nie miałem bladego pojęcia jak zareagować.
– Przyjdę, dziękuję za informację. – chciałem udawać, że mam to gdzieś.
– Znasz adres. Do zobaczenia. – rozłączyła się.
– Cudownie. – powiedziałem do siebie.
Zmiana pracy nie wchodziła w rachubę. Czułem się dobrze tam gdzie byłem. Pragnąłem jedynie poznać odpowiedź na wiele pytań, które dręczyły mnie odkąd przekroczyłem próg sklepu, felernego deszczowego wieczora.
Tożsamość poznanej kobiety i jej starszego towarzysza z wąsem, również budziła we mnie lęk i pożądanie wiedzy.
Jakaś cholerna tajemnica nie pozwalała mi spać, kontrolować czasu i zmuszała do jedzenia przeklętych pestek dyni, przez które nie potrafiłem wydostać się rano z toalety.
Uwielbiam tajemnice, ale tylko wtedy kiedy sam znam ich rozwiązanie. Kiedy tajemnice stają się dla mnie jasne i wciąż pozostają tajemnicami dla wielu ludzi.
W tym zaś przypadku czułem jakbym był jedyną osobą, która nie ma pojęcia co się dzieje wokół.

Odrzuciłem pomysł wycieczki i postanowiłem wyjść na miasto, czasem i tutaj można się odprężyć. Telefon Elizabeth spuścił ze mnie trochę niepewności, lecz zastąpił ją czymś innym, na powrót strachem i ciekawością.
Jestem tego typu człowiekiem, że nie muszę pić żeby być na bani, ale dobrego piwa nigdy nie odmawiam.
Zadzwoniłem do Oskara, nazwałbym go przyjacielem gdyby nie bezcześcił czerwonego wina mieszając go z colą. Hiszpanie mają bardzo dziwne smaki.
Na dodatek cechuje ich szybkie znużenie, szczególnie kiedy ktoś ma ochotę pomilczeć.
Z kolei kiedy coś zaczyna się dziać, ich temperament jest nieposkromiony i łatwo można napytać sobie biedy, podróżując z takim Oskarem.
Między nami, na to właśnie liczyłem. Miałem ochotę na kompletny odjazd od rzeczywistości, która była zbyt nierzeczywista żeby być tą prawdziwą. Może po pijaku będę w stanie ocenić swoje położenie, a może będzie jeszcze gorzej.
Do diabła z tym, pomyślałem.

Problemy kobiet od pewnego czasu stały się moimi problemami. Nie miałem się w co ubrać. Moją ulubioną marynarkę obsikał kot. Mam kota, nazywa się Judasz i jest wrednym gnomem.
Sika na wszystko co nie należy do niego. Reasumując, wszystko poza kuwetą i miską ze śmierdzącymi bobkami, które kupuję mu w sklepie zoologicznym na dole.
Ubrałem czarny golf i lekki bawełniany płaszcz, wieczorem może być chłodno.
Oskar miał czekać na mnie na moście świętego Maurycego, piękne miejsce, tylko trochę śmierdzi. Oczywiście mnie to nie przeszkadza, bo cierpię na chroniczny katar.
Muszę się przyznać, że chciałem zrobić Oskarowi na złość na dzień dobry, czasami jestem wredny jak mój kot. Już wiemy po kim ma taki charakter.
Oskar już na mnie czekał, kręcił się tam i z powrotem.
– Spóźniłeś się kolego. – rzekł z naganą w głosie.
– Tak, przepraszam, musiałem zjeść coś na szybko. Od kilku dni mój żołądek nie toleruje niczego poza słonecznikiem i pestkami dyni.
– W takim razie może pójdziemy najpierw coś zjeść?
– Nie, jest w porządku. Czuję, że muszę się napić. Chodźmy do Magicznego Skrzata, leją tam dobre piwo, ostatnio wypiłem trzy różne pale ale’e i o mało nie zacząłem całować barmana. Długa historia.
– Dobra, chodźmy.
Ruszyliśmy w kierunku centrum.
Magiczny Skrzat był małym i nijakim pubem graniczącym budynkiem z murami cmentarza. Jedyne co przyciągało ludzi do tego miejsca było piwo sprowadzane chyba z piekła dla pokusy i muzyka na żywo.
Otóż to, żadnego radia, żadnych głośników tylko muzyka prosto z serc instrumentów.
Najbardziej lubiłem parę młodych ludzi, Charliego i Kale’a. Grali jazz, stare kawałki, takie które wpadały w ucho jeszcze w dzieciństwie. Często tam bywali bo nie robili niczego innego.
Właścicielem tego przybytku był Norweg, któremu znudziło się życie na fiordach i przyjechał tu żeby otworzyć spelunę dla smutasów i polewać diabelsko dobre piwo.
Norweg był człowiekiem z gestem i potężną ręką, myślę, że wyrwałby choinkę z korzeniami gdyby ta zagrodziła mu drogę.
Kilka razy opowiadał mi historię swojego życia, jak to kobieta zostawiła go na pastwę losu w jakiejś chacie na północy Norwegii.
Zabrała pieniądze, samochód i złote sztućce, które były ich ślubnym prezentem.
Twierdził, że jeździła do Oslo co drugi tydzień żeby spotykać się z jakimś obcokrajowcem i właśnie do niego uciekła.
Sam uważam, że to tylko usprawiedliwienie. Niewielu ludzi wytrzymuje życie poza społeczeństwem, szczególnie kiedy jedynym towarzyszem jest fanatyk piwa i amator rzucania kamieniami w drzewa. Nawet jeśli ma dobre serce.

Zajęliśmy stolik w holu, pod małym okienkiem, z którego wdzierał się lekki wiaterek do środka. Mieliśmy widok na muzyków. Starszy facet, przypominający świętego Mikołaja z brodą do kolan i czerwoną czapką z daszkiem grał na harmonijce i śpiewał skoczne irlandzkie pieśni.
Idealne żeby przestać myśleć o swojej pokręconej sytuacji.
– Co tak nagle wyrwało cię z domu, myślałem, że jedziesz gdzieś za miasto? – zapytał Oskar.
– Rozmyśliłem się, wcale nie mam ochoty na samotne wyprawy. Potrzebowałem trochę spokoju. Koniec końców i tu jest spokojnie, a na dodatek można się napić z kumplem, hę?
– Jasne, wariacie. Tak na poważnie to co ci się dzieje? Widzę cię drugi raz w tym tygodniu i już na początku wyglądałeś jak zombie. Dzisiaj może i masz trochę więcej koloru na japie, ale wciąż coś z tobą nie gra.
– Długa historia, o której chyba wcale nie chcę mi się gadać. – wycedziłem.
– Pewnie, bo ty wolisz o kobietach pisać niż gadać. Co to za jedna, znam ją?
– Przestań dociekać, to chora historia. Można od niej zbzikować, a ja wcale nie chcę żeby cię to spotkało, masz wystarczająco nierówno pod sufitem.
– Niech ci będzie, myślisz, że mogę zamówić piosenkę u tego dziadunia? – zapytał Oskar.
– Jasne, wygląda na takiego, który zagra Czajkowskiego na tamburynie.
– Sprawdźmy to.
Oskar podszedł do grajka, zamienili ze sobą kilka zdań. Uścisnęli sobie dłonie. Cały Oskar, gdzie nie pójdzie tam znajdzie nowych, szalonych kumpli.
– Mamy to, będzie grał specjalnie dla ciebie. Twoje ulubione kawałki. – wrócił do naszego stolika i podniósł piwo do toastu.
Podniosłem więc swoje, stuknęliśmy się  i usłyszałem Moondance.
– On jest naprawdę dobry, posłuchaj jak wchodzi w zakręty. Ja cię sunę!
Grał świetnie, czysto, bez odrobiny fałszu, chociaż można było wyczuć szczyptę jego własnej, dmuchanej interpretacji.
Do góry i w dół, tam i z powrotem, porywał akordami, a publiczność od razu się ożywiła. Sam Van Morrison nie zrobiłby tego lepiej.
Dziadek przygrywał wiele świetnych kawałków i robił to z absolutną finezją. W końcu na scenie zastąpiła go dziewczyna z trąbką i dalej polecieliśmy w jazz.
Oskar pokiwał żeby ten przyszedł do naszego stolika, w międzyczasie poleciał do baru po piwo dla naszego artysty.
– Pięknie pan gra, robi to pan od urodzenia? – zapytałem.
– Moja matula była śpiewaczką operową, śpiewała arie jeszcze w szóstym miesiącu.
– Widać, ma pan to we krwi.
Oskar już do nas zmierzał z trzema kuflami wylewającego się na wszystkie strony piwa.
Biedne drzewo, pomyślałem. Najpierw je wycięli, następnie przemielili w tartaku na deski, a teraz karmią je browarem całymi wieczorami.
– Enrique, jesteś geniuszem tej swojej gwizdałki! – wykrzyknął Oskar.
– Kiedyś byłem lepszy, wiecie. Teraz mam już stare, zdziadziałe płuca. – w tym samym momencie wyciągnął nadpalone cygaro i jak gdyby nigdy nic, odpalił je i zaciągnął się potężnie.
Dziewczyna grała i dobrze się przy tym bawiła. My siedzieliśmy i rozmawialiśmy w trójkę do późna. Upiłem się i już nie chciało mi się pić dalej. Zrobiłem się głodny i śpiący. Stwierdziłem, że ulotnię się do domu zanim zasnę w barze.
Wysłuchałem jeszcze historii Enrique o jego koncertach w nowojorskich klubach, o tym jak kochały go tamtejsze kobiety, a tu żadna się za nim nie ogląda.
– Nie wróciłbym do tamtych czasów, jest mi dobrze tu gdzie jestem. Czuję, że mam już w kieszeniach za dużo kamieni. Jestem zmęczony i chciałbym móc się w końcu położyć na jakimś wygodnym łóżku, zagrać Marcha Real i móc zasnąć.
W tym momencie Oskar zaczął nucić hiszpański hymn, Enrique wyciągnął harmonijkę i wyli tak przez pięć minut, pięciokrotnie powtarzając drugą zwrotkę.
Jak się zapewne domyślacie, Enrique pochodził z Hiszpanii. Na szczęście był za stary żeby mieszać czerwone wino z colą.
Pożegnałem się z nimi, zapłaciłem za wszystkich i wyszedłem z baru.

Na dworze było cicho, jedynie grupka młodych śpiewała piosenki swoich czasów, bawiąc się przy tym znakomicie. Wszyscy pijani, włącznie ze mną.
Nadłożyłem drogi bo coś nie dawało mi spokoju i tym czymś była Elizabeth, oczywiście.
Nawet nie wiem o co mi chodziło.
Z Magicznego Skrzata na ulicę Lewisa Carrolla, gdzie leżał bliżej nieokreślony sklep, miałem około dziesięciu minut.
Po drodze minąłem średniowieczny kościół katolicki, z którego jeszcze biło światło setki drobnych podgrzewaczy zapalonych z jakąś pobożną intencją.
Spojrzałem na witraż, który zdobił łuk nad wejściem do kościoła. Przedstawiał anioła siedzącego na chmurze, w prawej ręce anioł trzymał jabłko, w lewej zaś wieniec laurowy.
Po jego prawicy stał człowiek odziany w białą szatę, niestety jego głowa przedstawiała strużkę światła z wnętrza kościoła bo w tym miejscu witraża była dziura.
Może jakiś dzieciak rzucił kamieniem dla zabawy i uszkodził łeb świętego.
Przyglądałem się chwilę tej grze świateł i odniosłem wrażenie, że szata człowieka ze szkła porusza się na wietrze.
Pijackie omamy.
Ruszyłem dalej. Po kilku minutach dotarłem na skrzyżowanie swojego celu. Szedłem po przeciwległej stronie ulicy, tak żeby w razie czego ktoś kto będzie w środku nie mógł mnie dostrzec. Dotarłem do sklepienia, pod którym kilka tygodniu temu skryłem się przed deszczem.

Na szybie sklepu widniał napis:
DO WYNAJĘCIA!
wraz z numerem telefonu.

Stałem jak wryty i nie potrafiłem zebrać myśli. Nie rozumiałem co to wszystko ma znaczyć. W ciągu chwili otrzeźwiałem i pomyślałem, że może jestem chory na głowę.
Zgodziłem się z tą myślą, lecz nie jestem chory w taki sposób, to niemożliwe.
Nagle poczułem lodowaty dotyk na plecach i zrozumiałem, że tracę przytomność.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s