Jej ogród cz. I „Elizabeth”

Stanęła przed witryną sklepową, odgrodzona od ulicy czarnym parasolem. Mocno padało tego wieczora. Nie dało się zweryfikować czy to jeszcze śnieg z deszczem czy może już sam deszcz.
W prawej dłoni trzymała wspomniany parasol, całkowicie skryła swoje lico w odbiciu szyby. Na lewej zaś nosiła białą, bawełnianą rękawiczkę, która przypominała te do wyrywania chwastów.
W środku było coś co przyciągało jej uwagę.
Ulica rwała potokami deszczówki spływającej do kratek kanalizacyjnych, wypełnionych już chyba do cna. To miasto tonie.
Przechodziłem akurat i zwróciłem uwagę na tę jej rękawiczkę, sprawiła na mnie niemałe wrażenie, być może poczułem strach. W takich sytuacjach kieruję się niepohamowaną ciekawością.
Paliłem papierosa, nie ma jednak za wiele przyjemności z palenia kiedy deszcz moczy cieniutką bibułkę i usilnie próbuje zmusić mnie do wyrzucenia niedopałka.
Zatrzymałem się więc po drugiej stronie ulicy pod sklepieniem bramy wjazdowej i obserwowałem.
Kobieta wpatrywała się w głąb sklepu z artykułami dla dorosłych, sex shopu pospolicie.
Ta jej rękawiczka przyprawiła mnie o myśl, że to jedno z moich zboczeń, lubię kobiety w rękawiczkach. Tylko dlaczego akurat ogrodowa?

Postanowiłem przedłużyć sobie postój i zapalić kolejnego papierosa. Pod tym sklepieniem było całkiem przyjemnie, jedynie lekki fetor moczu drażnił moje nozdrza. Da się to znieść, szczególnie kiedy ma się chroniczny katar, jak ja.
Minęło kilkadziesiąt sekund i ktoś wypełzł z ciemności wewnątrz tego raju próżności, mężczyzna podszedł do drzwi i otworzył.
Wtem kobieta odwróciła się w kierunku wejścia i z wolna ruszyła. Byłem teraz w stanie dostrzec rękawiczkę na jej prawej dłoni. Była niebieska.
Mam wrażenie, że takie historie się mnie trzymają. Ktoś lub coś bawi się moją egzystencjalną prostotą i wrzuca w sam środek ludzkiego dziwactwa.
Ludzie dzielą się na dziwnych i normalnych. Jedni jadają obiady przy stole, w domowym zaciszu, używają sztućców i serwetek, modlą się przed posiłkiem. Inni nie odnajdują znaczącej różnicy pomiędzy stołem, a podłogą. To jest zupełnie w porządku, do czasu.
Ta kobieta z całą pewnością do normalnych nie należała. Te dwie rękawiczki o tym świadczyły. Z kolei to, że właśnie weszła do sklepu z gadżetami erotycznymi było co najwyżej podejrzane.

Skończyłem palić drugiego papierosa, zrobiło mi się już nieprzyjemnie, więc odpuściłem sobie kolejnego. Otworzyłem parasol i skierowałem się w kierunku sklepu naprzeciwko.
Krople spadającego deszczu były tak ciężkie, że zagłuszały stukot moich obcasów.
Na ulicy nie było żywej duszy, wszyscy pouciekali do swoich domów, herbat i telewizorów. Jeżeli nie lubisz ludzi, wychodź z domu kiedy pada. Wtedy można spotkać jedynie panie z psami, wychodzą z konieczność udrożnienia układu trawiennego swoich pupili.
W sklepie panowała ciemność, wyłączając czerwone światełko padające na jakiegoś łudząco przypominającego Elvisa, manekina.
Próbowałem dostrzec jakiś ruch w środku z pozycji, w której stała uprzednio kobieta w rękawiczkach. Odniosłem wrażenie, że wpatrywała się w nalepki przyklejone do szyby.
Nalepki przedstawiały panie, panie przedstawiały swoje atuty i tak dalej.
Przeżyłem lekkie rozczarowanie. Czyżby kobiety lubiły oglądać nagie kobiety?
Prawdopodobnie trzeba być do tego specyficzną kobietą, tak samo jak tylko specyficzni mężczyźni oglądają innych panów. To nie na moją głowę, speszyłem się porządnie.
W tym całym zamyśleniu zapomniałem, że pada na mnie światło pobliskiej latarni i jestem wystawiony na widok jak eksponat w muzeum.
Cofnąłem się pod wpływem wstydliwego impulsu, wpadłem w potężną kałużę i już miałem przeklinać swojego pecha na głos, kiedy drzwi sklepu zaskrzypiały.
Nawet drzwi skrzypią jakby były wyuzdane, a otwieranie i zamykanie sprawiało im rozkosz.
Na wejściu pojawił się mężczyzna z wąsem i łysinką na stożkowatej głowie.
– Jest otwarte, niech się pan nie boi, proszę wejść. – wycedził słowo po słowie z dozą ironii w głosie.
– Ja tylko tędy przechodziłem, już mnie nie ma, przepraszam najmocniej. – panika wzięła górę.
– No niech pan wejdzie, osuszy buty. Bo się pan przeziębi, jest zimno.
– Dziękuję, niech będzie.
Faktycznie potrzebowałem kaloryfera, albo chociaż suszarki do włosów. Wlazłem w studzienkę, z której woda wybijała niczym gejzer.

Jegomość przepuścił mnie w drzwiach i zapuściłem się w ciemność. Szedłem niepewnie, ale w środku wszystko było wyostrzone, widziałem jakby wyraźniej.
Poczułem zapach kadzidła i czegoś słodkiego jak syrop malinowy z korkiem niekapkiem, sączący się z sufitu na obleśny, fioletowy dywan.
Moim oczom ukazały się przedmioty o dziwnych kolorach i niejednoznacznych kształtach. Biedny świat, pomyślałem, tyle gumy, tyle plastiku, tyle skóry.
W kącie stał Elvis Presley w lateksowym kombinezonie, można go było poznać po okularach i fryzurze, obok niego zaś szklana gablotka.
W jej wnętrzu podświetlane flakoniki i fiolki opisane nader wyrazistymi nazwami, których nie będę przytaczał. Na niższej półce kostki z obrazkami, kneble i różowe pompony.

Miałem dość, jednak coś wewnątrz drgało i pchało mnie dalej, w głąb salonu rozpusty.
Obróciłem się żeby napotkać wzrokiem sprzedawcę, a moim oczom ukazała się kobieta, którą kilkanaście minut temu bacznie obserwowałem na ulicy.
Była wysoka, prawie mojego wzrostu, pomimo płaskiego obuwia. Twarz miała pretensjonalną, niezależnie od przybranej miny, wyglądała jak rasowa morderczyni.
Ciemna kreska pod okiem, której koloru nie dało się ustalić przez grę świateł pomieszczenia w jakim się znaleźliśmy. Onyksowe oczy wychodziły z orbit, drżały jak płomień zapałki. Jej twarz zdobiło trzynaście kilogramów żelastwa, kolczyki były wszędzie, jednak muszę przyznać, że ten cały metal jej pasował.
Czarne, krótko przycięte włosy odsłaniały uszy i podkreślały pomalowane na czarno usta. Poznałem wampira w obozie dla nie najcnotliwszych.
– Szukam kaloryfera. – wycedziłem w strachu.
– Nie sprzedajemy kaloryferów. – patrzyła bez wyrazu, jakby jakaś nadludzka siła wyjęła z niej ostatki niepewności i oświeciła sensem istnienia, racząc przy okazji zobojętnieniem.
– To zupełnie w porządku, to ja już pójdę. – już ruszałem do drzwi, kiedy pojawił się wąsaty jegomość.
– Proszę zdjąć buty, położę je na grzejniku. Wyschną panu, a ja przygotuję nam coś do picia. Widzę, że poznał pan Elizabeth. Liz bądź tak miła i przynieś panu krzesło.
– Nie trzeba, proszę się nie kłopotać. Zrobiło się późno, a ja mam jeszcze wiele do zrobienia, dlatego proszę mi wybaczyć, ale będę się zbierał.
– Niech pan da spokój, proszę przestać się tak stresować, jest pan wśród swoich. Na dworze pada, chce pan tam utonąć? No, proszę samemu spojrzeć, zaraz będziemy patrzeć przez szybę na akwarium.

Asertywność to jedna z cech, których nie posiadam i nigdy nie posiądę. Uznałem, że nie pozostawiono mi wyboru i stałem się zakładnikiem ludzkiej dobroci, zawsze to samo.
Elizabeth przyniosła mi krzesło, które postawiła obok małej półki ściennej, na której położyła popielniczkę.
– Możesz tu palić, tylko nie zrzucaj popiołu na ziemię.
– Nie palę. – blefowałem żeby zgrywać dobrego chłopaka, może wtedy szybciej się mnie pozbędą.
– Te dwa papierosy na zewnątrz to czysta rekreacja? Widziałam cię, nie tylko ty jesteś obserwatorem. Czego chcesz?
Zatkało mnie, byłem pewny, że zachowywałem się jak przystało na detektywa, że jestem niewidzialny. Czekała na odpowiedź, a ja nie miałem już siły kłamać, zresztą patrzyła mi prosto w oczy tymi swoimi kamieniami. Nie byłbym w stanie wcisnąć jej żadnego kitu.
Mogłaby pracować dla Gestapo albo w najgorszym wypadku Mosadu.
– Zastanawiałem się dlaczego nosisz rękawiczki ogrodowe. Czemu są w różnych kolorach? – zapytałem.
Nastała niezręczna cisza, a ona ciągle się we mnie wpatrywała, lecz w oka mgnieniu coś się zmieniło. W jej spojrzeniu ucichła pogarda, na jej miejsce pojawiło się zaciekawienie, błysk ściennego neonu to zdradził.
– Rękawiczki? Jesteś czubkiem? Z którego szpitala uciekłeś?
– Po prostu byłem ciekaw, instynkt podpowiedział mi, że ludzie nie noszą ogrodowych rękawiczek na co dzień.
– Może noszą, może nie. Ja noszę, bo lubię. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje?
Straszna z niej jędza, a może za szybko oceniam ludzi. Coś w niej tkwiło, jakiś głęboko skrywany żal do mojej osoby. Od pewnego momentu poczułem, że jestem agresorem, a moje prozaiczne pytanie urosło do rangi krępujących.
– Nie chciałem cię urazić, przepraszam jeśli to zrobiłem. – takie kobiety jak ona nie przyjmują przeprosin tak łatwo. Czasem nawet nigdy ich nie przyjmują, trzeba uważać.
– Zapal tego papierosa bo nasz asortyment chyba bardzo cię zdenerwował. Nigdy nie byłeś w takim sklepie, prawda? Nie wyglądasz na gościa, który obcuje z gumowymi lalami.
– To prawda, nie moja branża. – chciałem już urwać tę pogawędkę.
– Co tu robisz? – dociekała.
– Wpadłem w kałużę stojąc przed waszym sklepem, jak widać nie mam butów.
– Pytam o pracę.
– Pracuję w muzeum, zajmuję się starymi pismami. Dbam o to żeby się nie rozleciały i starczyły dla przyszłych pokoleń.
– To musi być naprawdę n u d n e. – słowo nudne w jej tonie wypowiedzi zabrzmiało szyderczo. Zrobiło mi się smutno.
– Szukacie pracownika?
– Niekoniecznie kogoś takiego jak ty.
W tym momencie wrócił wąsaty z moimi butami. Wyszczerzył zęby i podał mi je.
– Suchutkie. Na Boga, przepraszam, zapomniałem podać panu herbaty. Zostanie pan z nami jeszcze chwilę? Zapowiada się, że już nikt do nas dziś nie wpadnie, byłoby nam niezmiernie miło.
– Dziękuję, ale naprawdę muszę się zbierać. Zrobiło się późno.
Zacząłem zakładać buty i spostrzegłem, że mam dwie różne skarpetki. To mi się nie zdarza normalnie.
– Widzisz, a ty dlaczego nosisz dwie, różne, bawełniane skarpety? Może na dodatek są ogrodnicze. – czytała mi w myślach i zaatakowała z precyzją kobry.
– Bo lubię urozmaicenia, dzięki takim zabiegom sam siebie czasami zaskakuję.
Uśmiechnęła się po raz pierwszy. Miała głupkowaty uśmiech, jakby robiła to po raz pierwszy w życiu. Zauważyła, że to obserwuję, więc szybko wróciła do swojej gipsowej miny perfekcyjnego zobojętnienia.
– Dziękuję za wysuszenie butów. Było miło was poznać. – już miałem opuszczać lokal, kiedy Elizabeth odezwała się.
– Przynieś swoje cv następnym razem. Może znajdzie się tu coś dla ciebie.
– Na pewno wpadnę.
Uniosła lewą rękę, białą rękawiczką pomachała mi w mechaniczny sposób. Skinąłem głową i wyszedłem.
Otworzyłem parasol i ruszyłem potokiem, w górę ulicy.

Deszcz zelżał, lecz wcale nie dodawało mi to otuchy. Było już bardzo późno i martwiłem się, że nie złapię żadnego busa do domu.
Wyciągnąłem papierosy z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza i przystanąłem żeby go odpalić. Ogień zapalniczki urósł do tego stopnia, że przypalił mi kilka ledwo widocznych włosów, które na co dzień łączą mi brwi.
Poczułem zapaszek spalonego plastiku i zastanawiałem się, skąd ten płomień tak nabrał na sile, czyżby reagował na przeżycia z przed chwili w tym zabawnym sklepie?
Miałem mnóstwo szczęścia, mój autobus stał na przystanku z wyłączonym silnikiem, a kierowca skrobał przy przedniej szybie. Nawet nie muszę się spieszyć.
Dopaliłem do końca i wsiadłem.
Zawsze ciężko zbiera mi się myśli kiedy jadę autobusem, a szyba przez którą próbuję rozpoznać znajome okolice zachodzi mgiełką.
Tworzy to coś w rodzaju iluzorycznego obrazu rzeczywistości, wprawia mnie w zakłopotanie, że nie jestem w stanie poznać zewnętrznego świata.
Autobus przejechał ekspresowo bo o tej godzinie rzadko zatrzymuje się na przystankach, ludzie już nie podróżują, może za wyjątkiem kilku nocnych, zagubionych dusz.
Wysiadłem na swoim przystanku, niebo było pochmurne, a przy koronach drzew zaczęła zbierać się mglista poświata. Ociepliło się i przestało padać, o świcie na zewnątrz będzie mlecznie.
Zjadłem tosta z białym serkiem i zajrzałem do kalendarza. Nazajutrz miałem wizytę u dentysty. W przeciwieństwie do większości ludzi, lubię dentystów. Bywały czasy, w których zęby odbierały mi radość z życia, wtedy na pomoc zawsze przychodzili dentyści. Chwilowo znęcali się nade mną i sprawiali okrutny ból, lecz po wszystkim następowała ulga i mogłem wrócić do świata chcących i żywych.
Po prysznicu od razu położyłem się do łóżka. Byłem wykończony, moja dusza wołała o pomstę do nieba i modlitwę o odkupienie, a ciało o końską dawkę morfiny.
Pomyślałem o wąsatym jegomościu i Elizabeth, o całej tajemniczej sytuacji jaka mi się dzisiaj przydarzyła. Wpadłem na idiotyczny pomysł, wstałem jeszcze na chwilę, resztkami sił doczołgałem się do kalendarza. Wyjąłem swojego ciemnozielonego Watermana, polizałem stalówkę i dopisałem: Zanieś cv do swojego ulubionego sklepu.

Teraz wszystko było kompletne, mogłem pójść spać, a nazajutrz, po pracy odwiedzę swoich nowych znajomych. Jakaś wewnętrzna siła dygotała mną na myśl, że mam tam wrócić. Bynajmniej nie był to strach, była to nieposkromiona ciekawość.
Praca ciągnęła mi się długo. Pomyślałem, że zżera mnie nuda, więc szybko wybrałem się na lunch i spacer do parku. Miałem godzinę, więc zrobiłem spory dystans i wróciłem.
Wróciłem tylko na chwilę bo czekała mnie wspomniana wizyta u dentysty, po której miałem już wolne do końca dnia.
Udałem się do swojego ukochanego, gadatliwego oprawcy.
Salvatore, bo tak się nazywał pochwalił stan mojego uzębienia. Przeczyścił ubytki swoimi artystycznymi wiertłami i puścił mnie wolno z nalepką z napisem DZIELNY PACJENT. 
Nie mam pojęcia skąd wiedział, że takie rzeczy sprawiają mi mnóstwo satysfakcji.
Zaraz po wizycie ruszyłem w kierunku celu, który nie dawał mi spokoju od momentu przebudzenia.

Stanąłem przed witryną sklepową, dokładnie w tej samej pozycji co poprzedniego dnia stała kobieta w rękawiczkach, a następnie ja.
Szyba była czysta, bez nalepek. Jednolita, wypełniająca całą szerokość sklepu z miejscem na drzwi. W środku krzątało się mnóstwo ludzi, białe ściany, białe kafelki, absolutna jasność.
Za kasą stał wąsaty mężczyzna, pakował do papierowych torebek życzenia swoich klientów.
Stałem tak, ogłupiony, z poczuciem szaleństwa w głowie.
W głębi sklepu dostrzegłem Elizabeth, miała na sobie biały fartuch, wszystkie ozdoby jej twarzy gdzieś przepadły. Wyglądała naturalnie, ślicznie. Onyksowe oczy nie drgały jej jak poprzedniej nocy. Na rękach miała rękawiczki, tym razem cieniutkie, gumowe. Biała na lewej i niebieska na prawej. To była ona.
Właśnie starannie pakowała spory kawałek sernika wiedeńskiego w okazjonalny papier.
Ślina stanęła mi w gardle, w głowie się zakręciło, musiałem zapalić.
Ulica była już sucha, cały dzień świeciło słońce i wczorajsza ulewa zdążyła wyparować, za wyjątkiem wody zebranej w dolinkach studzienek kanalizacyjnych.
Usiadłem na ziemi, pod szybą, tak żeby nie było mnie widać ze środka. Tak jak siedzą ludzie, którzy proszą o kilka pensów.
Podniosłem głowę żeby spojrzeć w niebo i dostrzegłem średniowieczny szyld wychodzący ze ściany nad budynkiem, tuż nad moją głową.
Noce i dnie – Wypieki i inne smaczki.
Piękna powieść, pomyślałem. Wsunąłem kopertę z cv do skrzynki na listy i ruszyłem w kierunku przystanku, żeby złapać autobus do domu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s