Entuzjasta na wolności cz. I

Wysiadam z zielonego, piętrowego autobusu. Przystanek, na którym mnie wyrzuca patrzy w stronę katolickiego kościoła. Zaś za moimi plecami rozciąga się najpopularniejszy kompleks uniwersytetu. Piękna architektura, patetyczna, bezkompromisowa.
Za każdym razem kiedy wysiadam w tym miejscu, czuję jakbym trafiał tu pierwszy raz. Ruszam w miejską dżunglę, pamiętam swój cel, więc idę.

Mijam tłumy ludzi, przyglądam się im, każdemu z osobna. Twarze nigdy się nie powtarzają, większość z nich obojętna, błądzi myślami. Myślą o imprezie, o kolacji, o miłości, o nowych butach, o przyszłości. Rzadko trafia się twarz, która jest tu i teraz. Wszyscy zamyśleni, część rozbawiona, kolejna, nieszczęśliwa.
Po drodze zostawiam za sobą skrzyżowanie, czarne taksówki stoją tam i czekają na swój kolejny kurs. Kierowcy wyglądają na znudzonych.
Prostuję się nienaturalnie co każde pięć kroków, po prostu zapominam i wracam do swojej zgarbionej postawy. Jednak staram się być silny, kroczę dumnie, lecz niepewnie. Czuję, że sam sobie zaprzeczam, następnym razem pójdę po swojemu.
Bezdomni, jest ich tu wielu, otulają się wszystkim czym można się otulić. Kartony, koce, brudne ubrania, styropian, gąbka, niektórzy mają śpiwory.
Kryją się we wnękach, przy potężnych wejściach do kamienic, pod witrynami zgaszonych sklepów, wszędzie gdzie tłum ich nie podepcze.
Dochodzę do swojego małego skrzyżowania. Gra tu jegomość na gitarze, odkąd pamiętam śpiewa ten sam repertuar. Ma bardzo głęboki i poruszający głos, mógłby grać w zespole country gdyby jego życie ułożyło się inaczej.
Nosi oliwkowy płaszcz, długą czarną brodę i myśliwski kapelusz. Ponura postać, ale gdzieś w głębi wzbudza pragnienie rozmowy przy butelce whisky, może mu postawię.
Skręcam w lewo, poszedłbym prosto, ale nie tym razem. American Beauty gra mi w duszy, muszę to wyłączyć bo oszaleję.

Ulica którą idę jest wąska, mijam pub, mijam kolejny pub i dochodzę do swojego celu.
Na zewnątrz stoi czarna tablica, kredą rozpisano na niej obiadowe menu, chwytam ją, łamię w pół i wchodzę do środka.
Witam się, uśmiecham i idę przed siebie, muszę odłożyć to ustrojstwo. Kiedy już się z tym uporam, wracam do pierwszego pomieszczenia. To tutaj spędzę swoje następne godziny życia. Nie mam ochoty rozmawiać, odpowiadam zdawkowo, wiem, że gdybym zaczął mówić wyszłoby na to samo.
Zaczynam liczyć pieniądze, nie mogę się skupić, zaokrąglam. Nie zgadza się, idiota. Liczę zatem ponownie. W końcu się udało, podpisuję.
Teraz moja ulubiona część, wynieść śmieci. Niektóre worki są ciężkie, pełne szkła.
Niektóre śmierdzą niemiłosiernie, ale jest ich niewiele, podołam.
Wyrzucam je przed budynkiem w wyznaczonym miejscu zrzutu śmieci, chłopak, kucharz z pubu pali papierosa, nie zwrócił uwagi na mnie, spojrzał na worki.
Wracam, znowu się garbię, wracam więc szybko do wyprostu.

Czas mojej poprzedniczki dobiega końca, zaraz zostanę sam, no i dobrze. Idź w pizdu, mówię w duszy. Jestem okropnym człowiekiem, ale zawsze mam na to usprawiedliwienie. Ona jest po prostu straszną zrzędą.
Żegna się ze mną nadzwyczaj energicznie, to nie w jej stylu, ciekawe skąd ten dobry humor, no tak, wraca do domu.
Siadam, zaczynam klikać, przygotowuję sobie pole bitwy. Chce mi się palić, zaraz wyjdę.
W tej chwili słyszę, że ktoś stuka obcasami w malutkim holu, otwierają się drzwi.
Do mojego niby biurka podchodzi młoda kobieta, cała ubrana na zielono, pani wiosna, pomyślałem.
– Dobry wieczór, w czym mogę pani pomóc? – zapytałem.
– Umrze pan jutro. – wycedziła ze stoickim spokojem, jej wargi nawet nie drgnęły.
– Przepraszam? – myślałem, że nie zrozumiałem, miała jakiś dziki akcent.
– Przynoszę panu nowinę o pańskiej śmierci, to jutro. – wciąż ten zatrważający spokój w głosie.
– Nie rozumiem, skąd ma pani takie informacje? – zapytałem zbity z tropu.
– To nieważne, co pan zrobi ze swoją ostatnią nocą w życiu?
– Chyba pójdę się napić, pójdzie pani ze mną?
– Pan stawia.
– Pewnie, nawet oddam pani portfel, w końcu jutro szlag mnie trafi. Chodźmy.
Założyłem płaszcz, zadzwoniłem do swojego szefa.
– Jay, przyjedź do hotelu. Nikogo nie ma na recepcji, ja odchodzę, jutro umieram. Na razie.
Wyłączyłem telefon.
– Niech pan się nie krępuje. – wyciągnęła ramię, tak żebyśmy się mogli złapać. Poprosiłem żeby poczekała, a ja w tym czasie podszedłem do śpiewaka na moim małym skrzyżowaniu.
– Co pan powie na butelkę whisky, ja stawiam. Jutro mam umrzeć.
– Chyba jest pan bardzo samotny. Wolę gin, lecz dobrej whisky nie odmówię.
– Zapewniam pana, dzisiaj pijemy najlepszą. Za krótkie życie.

Ruszyliśmy do pubu. Wieczór zleciał bardzo szybko. Nie jestem w stanie opisać tej pani wiosny, tak jakby jej w ogóle z nami nie było.
Po północy byłem bardzo pijany, zorientowałem się patrząc na zegarek. Była piąta, jasna cholera, życie mi się kurczy. Zaraz zacznie świtać, a ja mam dzisiaj umrzeć. Wracam do domu, muszę zadzwonić do przyjaciół, pożegnać się z rodziną.
Ewentualność śmierci była dla mnie tak naturalna, że nie różniła się tego dnia niczym od choćby wysikania się pod bankiem.
– Duży z pana pies. – jakaś przechodząca kobiecina próbowała zwrócić mi uwagę kiedy lałem na ścianę budynku.
– Nie pies, tylko kot, znaczę teren, dobranoc.
Wsiadłem w czerwony, piętrowy autobus. W środku zorientowałem się, że nie mam portfela. Kompletnie zapomniałem co stało się z tą kobietą i grajkiem. Zdałem sobie sprawę, że od dawna byłem zupełnie sam.
Autobus ledwo ruszył, a ja znowu usłyszałem American Beauty, znacie tę przeklętą melodię, można zwariować.
Wróciłem do domu, czułem, że śmierć depcze mi po piętach. Zdjąłem buty i płaszcz, wszedłem do kuchni, w szafce znalazłem aspirynę.
Wypiłem dwie rozpuszczone tabletki i zwymiotowałem całą zawartość żołądka do zlewu. Wiele tego nie było.
Upadłem na kolana i niczego więcej nie rejestrowałem.
– Hej, gościu, wstawaj, ostro Cię poskręcało na tej podłodze. Nie miałeś być w pracy?
Przebudziłem się, myślałem, że ktoś zdzielił mnie w łeb kamieniem. Uczucie pękającej czaszki, nienawidzę kaca.
– Cześć, nie wiem co się stało. Zdaje mi się, że ktoś mi powiedział, że mam dzisiaj umrzeć, ale chyba jeszcze żyję skoro tu jesteś.
– No jasne, w niebie nie ma takich brzydali jak ja.
– Zrobię Ci herbaty, idź się połóż, źle wyglądasz, może faktycznie jesteś już trupem.

Włączyłem telefon i położyłem się w salonie.
Nie wiem jak mogło Cię tak popierdolić, żeby wyjść z pracy jak gdyby nigdy nic. Jeżeli jeszcze nie umarłeś to lepiej tu nie przychodź bo osobiście dopilnuję żeby się spełniło. Jay.
O cholera, ale sobie przewaliłem. Pobiegłem po płaszcz, zacząłem przeszukiwać kieszenie. Nie ma go, nie ma portfela. Znalazłem w kieszeni zwitek papieru, w zasadzie jakiś rachunek. Rozwinąłem go.
Dzięki za whisky, do zobaczenia.
Wydzwoniłem te wszystkie zakichane banki żeby zablokować karty płatnicze. Zadzwoniłem nawet do ambasady żeby zgłosić utratę dowodu osobistego. Ktoś dobijał się do drzwi kiedy wykonywałem telefon do pubu, w którym wczoraj się zalałem z tą dwójką przyjemniaczków.
Poszedłem otworzyć, w drzwiach stał wychudzony dziadek, miał na sobie dresy i mokasyny. Siwa mgiełka włosów osnuwała jego golusieńką czaszkę.
– Cześć, mieszkam obok, czy to przypadkiem nie należy do pana?
Wyciągnął w dłoni mój wypchany po brzegi, brązowy portfel.
– Skąd pan go wziął? Skąd pan wiedział, że tu mieszkam? – nie mogłem uwierzyć, jednak zgarnąłem portfel, zajrzałem przelotnie do środka. Wszystko było na swoim miejscu.
– Niech pan nie pyta, tylko chowa. Źle pan wygląda, brakuje panu snu. – wiecznego odpoczynku, masz na myśli, dziadku.
– Dziękuję panu, mogę się jakoś odwdzięczyć? – zapytałem.
– Anthony. Niech pan wpadnie kiedyś na herbatę, mieszkam pod piętnastką.
– Może chociaż papieroska? – wyjąłem zmiętą paczkę z kieszeni spodni.
– Nie palę od czasów Churchilla, nic dobrego z tego nie wynika.
– Póki co z całego życia nic mi dobrego nie wynika.
– To niech się pan weźmie za siebie, panie, jak się wymawia to co pan tam ma w dowodzie.
– Niech mi pan mówi Mat, prawie to samo.
– No dobrze Mat, ja idę. Wpadnij jak będziesz miał czas. 15.
– Jeszcze raz dziękuję za portfel.

Zapaliłem papierosa w samotności. Słońce wisiało już wysoko na łunie błękitnego nieba, pogoda idealna do podróży. Nie za ciepło, lekki, cucący wiatr. Pogoda idealna na kaca.
Zastanawiałem się co ja też wczoraj narobiłem, co to wszystko miało znaczyć.
Kim była pani wiosna, gdzie podział się grajek. Skąd mój portfel znalazł się w rękach tego podejrzanego dziadka Anthony’ego.
– Chodź, herbata ci wystygnie! – zawołał Fluffy.
– Tylko skończę papierosa.
– Sam się skończysz!
No cóż, gdzieś to już słyszałem.
Wgramoliłem się do domu, miałem ograniczone ruchy, całe ciało pulsowało i błagało o odpoczynek. Kilka godzin na kuchennej podłodze wymiętosiło moje kości, czuję się jak stary cap.
– Dzięki za herbatę, odzyskałem portfel. Nasz sąsiad spod piętnastki właśnie mi go podrzucił.
Fluffy spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
– Jesteś pewny, że mieszka pod numerem 15?
– Tak powiedział. Nazywa się Anthony i wyglądał jak wojenny kombatant w dresie, brakowało mu tylko beretu i karabinu.
– To ciekawe, mieszkamy w tym domu od pół roku, a ty wciąż nie znasz otoczenia.
– Nie ma w tym niczego ciekawego. Sam nie jestem ciekawski jak ty. Co mi do tego gdzie kto mieszka. Gdyby, któryś z nich przyniósł nam ciastka czy coś w tym rodzaju na powitanie, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Oni wszyscy mają nas w dupie, Fluffy.
– Nie o to mi chodzi. Na naszej ulicy nie ma numeru piętnaście. Tu jest tylko czternaście domów. Naprawdę tego nie zauważyłeś?
– Wiesz co, teraz to i ja mam to w dupie. Idę spać, nie budź mnie do końca świata.
– Idź, przyda Ci się.
Wdrapałem się po schodach do swojego pokoju. Lubię ten pokój, przypomina mi dobre czasy. Jeżeli kiedykolwiek takie były to wystarczy wejść do niego żeby to poczuć.
Jedynie zasłony tu nie pasowały, ale praktycznie z nich nie korzystam, więc stwierdziłem, że mogą wisieć.
Położyłem się do łóżka, przez chwilę patrzyłem w sufit, wydawał mi się za blisko, jakby zaraz miał mnie zmiażdżyć.
Zamknąłem oczy. W głowie na nowo rozbrzmiało American Beauty.
Wierciłem się jak zawsze, z boku na bok, w końcu na lewym udało mi się oddać znużeniu. Zlepiłem się z kołdrą w jedną całość i usnąłem.

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s