Wypady

Stoimy na kredowym spiętrzeniu, oddzielającym nas od morskiej toni, która pierwszy raz przybrała brunatny kolor. Może już majaczę, pomyślałem.
– Spójrz, tam ktoś siedzi, widzisz tę sylwetkę? – odezwała się szeptem, jakby ten ktoś miał nas usłyszeć z odległości dwustu metrów.
– Tak, nie poznajesz go? Przecież przez niego oblałaś maturę za pierwszym razem. – zgrywałem się, wiecie, to mi ostatnio wychodzi najlepiej.
– Co ty pleciesz baranie, angielskie powietrze chyba Ci nie służy. – zakipiała ze złości, a ja to uwielbiam, kiedy w końcu to zrozumie?
– Przyjrzyj się, czyta książkę, to może być tylko jedna osoba, zresztą, nawet z tej odległości wygląda jak ktoś z innej epoki.
– Może się przejdziemy? Zimno tutaj, wiatr wieje, napiłabym się herbaty.
– Pewnie, chodźmy w stronę tego przyjemniaczka. Przecież mam ze sobą termos, a w środku, zgadnij kotku co jest w środku?
– Gówno, nie chcę tam iść, chcę tam. – wskazała palcem w stronę fortyfikacji.
Umocnienia wyglądały nieprzyjaźnie, niemal krzyczały żebyśmy się do nich nie zbliżali, nie wahałem się z odpowiedzią.
– Nie ma szans, idziemy do niego, może to jakiś mój kumpel, nie wierzę, żebym nie znał kogoś tak postrzelonego z wyglądu jak on, chodź.
– Zawsze stawiasz na swoim.
– Tak, bo zawsze mam dobre pomysły, dawaj, idziemy.
Ruszyliśmy wzdłuż chropowatej ścieżki, rozciągniętej pomiędzy stromym spadem klifu, a ruinami przysadzistego fortu. Na niebie rozciągała się łuna zwiastująca zbliżający się zachód słońca, czuć go było już w powietrzu od pewnego momentu.
Piękne to miejsce, pomyślałem, idealne żeby ważyć losy świata i rozmyślać o swoim podłym bycie. Cholera, znowu za dużo myślę.
Ona była dzisiaj małomówna, rozdrażniona, lepiej nie będę się odzywał bo jeszcze mi się oberwie, a tak bardzo nie mam siły na kłótnie.
Ten tajemniczy gość na pewno nas trochę zabawi, wygląda na takiego, co ma sporo do opowiedzenia. Już się zbliżamy.
Mężczyzna miał na sobie idealnie skrojony surdut w kolorze lapis lazuli, na pierwszy rzut oka jaśniejsze, bawełniane spodnie i karminowe buty na wysokim podbiciu, crème de la crème.
Muszę przyznać, że wyglądał arcydobrze. Blond włosy, rozwichrzone na wietrze stały mu niemal dębowej koronie rozłożyste gałęzie.
Faktycznie czytał coś namiętnie, nawet nie zwrócił na nas uwagi tak był pochłonięty swoją lekturą.
– Dzień dobry, pan uważa, bo wilka pan dostanie od tego siedzenia na kamieniu. – zagajałem.
– Przestań, idioto, czy Ty raz nie możesz się do kogoś odezwać po ludzku? – na co odwrócił się nasz czytelnik.
– Wilki nie są mi obce, zdaje mi się, panu również? – miał nieboski akcent. Był już cały zwrócony w naszą stronę i ujrzałem grzbiet jego książki. Ja pierdziele, mówiłem jej, że to gość przez którego oblała maturę. Mamy przechlapane.
– Przepraszam pana za niego, brak mu wychowania. – a Tobie poczucia humoru, pomyślałem.
– Proszę mi wybaczyć, nie chciałem być nonszalancki, panie?
– William, nazywam się William Szekspir. – żartowniś, lubię go.
– Miło nam sir, pragnę przedstawić panu, pani Brontë oraz moja skromna osoba, Aleksander Dumas, do usług. Może mi pan mówić Olek.
Uśmiechnąłem się wystawiając wszystkie zęby na ostatni blask spadającego słońca.
Pani Brontë nie było wcale do śmiechu, zaczerwieniła się i już myślałem, że oberwę w potylicę, więc zapobiegawczo odsunąłem się odrobinę udając, że gibam się z zimna.
– Czytaliście? – wskazał na podniszczoną książkę trzymaną w ręku.
– Wszystkie swoje książki czyta pan tak namiętnie? – zapytałem.
– Wybaczcie mi nietakt, zebrało mi się na dobry humor, dawno tędy nikt nie przechodził poza wami. Nazywam się Kordian. – ten gość jest lepszy niż myślałem.
– Jak to Kordian, pan tak zupełnie na poważnie? – zapytała moja dama.
– Tak, właśnie wybieram się do Italii, jak będzie z Wami? – ten niby Kordian brzmiał tak poważnie, że już niemal mu uwierzyłem. Zresztą od samego początku mówiłem Wam, że coś tu nie gra, a ten czubek tylko mnie podburza.
– My właśnie się zbieramy, podziwialiśmy zachód słońca, tu w Dover daje piękny popis. – chciałem się stamtąd wynieść, zrobiło mi się zimno na całymciele, targnęło nieprzyjemne uczucie na ducha. Wierzę w takie rzeczy, jestem bardzo łatwowierny.
– Co pan tak lubi w Szekspirze? – widziałem, że ona chciała go wybadać, a ja uciekać, jesteśmy w kropce, Boże, co to jest za dziewczyna, nigdy się nie dogadamy.
– Pozwólcie, że przytoczę wam fragment;
Chodź! oto szczyt, stój cicho… Zakręci się w głowie,
Gdy rzucisz wzrok w przepaści ubiegłe spod nogi… ”
Byłem przerażony. To co odgrywało się na moich oczach przekraczało ludzkie pojęcie.
Ciemność ogarnęła nasze ciała, widziałem na odległość czubka swojego nosa.
– Wracamy do domu. Natychmiast. – zawyrokowałem.
– O co ci chodzi? Siedziałbyś tylko w tym domu, najlepiej przed monitorem. Umierasz tam za życia, nie widzisz tego? Tak rzadko zdarza nam się stamtąd wyrwać, a ty, ty musisz ciągle stawiać na swoim. Nie słuchasz mnie.
– Wracamy do domu. – nie teraz, błagałem w duszy.
Na to ona wybiegła tak szybko, że ledwie musnąłem ją końcówką palca.
Co to była za groteskowa sytuacja. Z jednej strony mam tego wariata podającego się za Kordiana. Wiecie, w innych okolicznościach miałbym to głęboko w dupie. Z drugiej kobietę, której nie rozumiem, a którą kocham. Nigdy nie miałem tego w dupie.
– Niech pan biegnie, każdy z nas ma w życiu swój cel. Mnie tu zaraz nie będzie, proszę się nie przejmować. – bez pogłosu, całkowite skupienie, tchnienie spokoju.
Spojrzałem na niego ostatni raz, ledwo widziałem kontur jego postaci w tej wszechogarniającej, piekielnej ciemności. Jeżeli piekło istnieje to wcale nie ma tam ognia, tylko pustka i ciemność. Najgorsze bestie nachodzą człowieka kiedy światło w pokoju gaśnie.
Postanowiłem nie zawracać sobie nim więcej głowy, pobiegłem. Po kilku minutach dogoniłem ją, siedziała na kamieniu i patrzyła w nicość, a ja w tej nicości spostrzegłem ją. Wiecie, tak się poznaje miłość.
Usiadłem obok, otoczyłem ją ramieniem.
– Może pojedziemy z Kordianem do Italii? Podobno mają tam dobrą kawę i makaron, a jestem głodny jak diabli.
– Przestań, wracajmy do domu, zrobię Ci coś dobrego. Przepraszam.
– Ja też, oboje jesteśmy nieznośni. Dlatego do siebie pasujemy, pamiętasz?
– Pamiętam, kochaj mnie.
– Będę.
Ruszyliśmy do domu pośród ciemności. Zostawiliśmy Kordiana z jego problemem. Zostawiliśmy klify Dover. Tydzień później zobaczyłem człowieka z klifu w telewizji.
Kordian został oskarżony o zamach stanu i skazany na śmierć. Stracony 29 października 1828 w Warszawie.
Spojrzałem na półkę z książkami, wyciągnąłem Króla Leara, otworzyłem na fragmencie;
Ucha tu nie dochodzi… O! nie patrzę dłużej,
Bo myśl skręcona głową w otchłań mię zanurzy…
Zamknąłem książkę i zacząłem płakać. Płakałem do rana. W pokoju było ciepło, a moje łzy parowały i skraplały się. Miałem w pokoju deszcz łez.
Zadzwoniłem do niej.
– Kordian nie żyje.
– Wiem, zabiłam go bo przez niego nie zdałam matury.
– Mówiłem ci, ale mnie nie słuchałaś.
– Tak, ale już się nie przejmuj, zaraz do Ciebie przyjadę.
W końcu poznałem zakończenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s