Chojrak

Pod koniec grudnia, na kilka dni przed sylwestrowym szaleństwem wracałem do Anglii, do tymczasowego domu, z mocno przedłużoną tymczasowością.
Święta w Polsce, w tym roku były wyjątkowo krótkie, wcale nie, były krótkie jak zwykle, nie bez powodu mówi się święta, święta i po świętach.
Pobyt skrócił się dodatkowo przez podróż do Polski, o której jeszcze Wam opowiem, bo to były fajerwerki, nie ściemniam.
Tak czy inaczej wracaliśmy samolotem.
W trakcie tego krótkiego pobytu pragnąłem spotkać się ze wszystkimi bliskimi mi duszami, jednak wiecie jak to w święta, wszyscy zajęci.
Jedna z nich wsadzała mnie do autobusu na lotnisko, dostałem prezent świąteczny, łakocie na drogę, podarowałem swój.
Ciepłe to było powitanie i równie ciepłe pożegnanie, już miałem się spóźnić na lot bo autobus tkwił w korku po drugiej stronie równika, zasrane korki.
Nie żałowałbym, miałbym przednie towarzystwo do picia, a wcale nie zależało mi na powrocie tu, na Wyspy.
Okazało się, że samolot również stoi w korku, więc bez pośpiechu, wszystko było pod kontrolą. Cholera, niestety zdążę.
Autobus przyjechał, krótkie pożegnanie i do zobaczenia. Zakupiłem bilet u miłego pana kierowcy, rzadkość w Polsce, musiał dostać bony na święta od MPK.

Usiadłem z samego przodu, po prawej, miałem przednią szybę przed sobą, tak żeby widzieć drogę. Wolę tę jamkę po lewej, za kierowcą, ale była zajęta.
Tamto miejsce było zajęte i od tego zajęcia zaczyna się moja opowieść.
Siedziała tam kobieta, wstyd mi było obstawiać jej wiek, na pewno była kilka dobrych lat starsza ode mnie. Jej blond włosy falowały, niemal jak włosy Galadrieli, miała na głowie czapkę, w której zagięcia wplątała sobie kilka przednich kosmyków, bardzo jej to pasowało. Smarkała jak ja, więc mieliśmy coś wspólnego.
Wiedziałem, że ma niebieskie oczy, nietrudno było trafić. Mijaliśmy te paskudne gwiazdy po prawej i odebrała telefon. Miała delikatny, niewinny głos, a ja w tę niewinność zupełnie wierzyłem, wiecie jak to jest.
Od niedawna zacząłem uczyć się pewności siebie, mianowicie kiedy czuję, że chcę coś zrobić, ale jednocześnie łapię blokadę, to to robię i tyle. Wiecie, to może brzmieć zabawnie, ale jak się człowiek zakopie na lata jak ja, to jaskiniowiec jest przy nim jak Don Juan DeMarco, znacie ten film?
Powalczyłem tak chwilę ze sobą, ale w końcu się udało.

– Dokąd dziś pani leci? – zagrałem chojraka.
– Eindhoven. – uśmiechnęła się delikatnie.
– To do domu? Mieszka pani w Holandii? – ciągnąłem, wiecie, byłem tam.
– Tak, wracam do domu, a pan, dokąd panu dziś spieszno? – ja się nigdzie nie spieszę kobieto!
– Mieszkam niedaleko Oxfordu, oboje mamy kawał drogi przed sobą. Jak minęły święta? – byłem zestresowany jak cholera, naprawdę, początkowo myślałem, że mam wszystko pod kontrolą, ale wtedy ona nie zwracała na mnie uwagi, a teraz odpowiada na moje pytania, drogi Boże, patrzy na mnie.
– W porządku, większość spędziłam w domu, w Opolu, na koniec przyjechałam do przyjaciółki, tu do Katowic. A panu, chyba trochę przeziębiony? – byłem jak cholera, w samolocie miało wysadzić mi czaszkę przez ciśnienie zgromadzonych glutów w zatokach, ale mniejsza z tym.
– Przede wszystkim krótko, wie Pani jak to jest, gościom zawsze czas leci szybciej, a od kiedy się wyprowadziłem za granicę, jestem w domu gościem. Jak długo mieszka Pani w Eindhoven?
– Siedem lat z hakiem, wiem o czym Pan mówi. – odniosłem wrażenie, że i ona była lekko zmieszana.
– Czym się Pani zajmuje na co dzień? – ciągnąłem poznawczo.
– Pracuję w ośrodku dla uchodźców, jestem terapeutką. – no to się porobiło, myślę, może mi jeszcze pani pomoże bo mam masę problemów, a sam w pewnym sensie jestem uchodźcą.
– Brzmi świetnie, długo już Pani w tym siedzi?
– Trzy lata, ale planuję zmienić profil zawodowy, na początku nowego roku mam rozmowę o pracę w pewnej fundacji jako opiekunka projektów, coś bardziej kreatywnego. Pan?
– Ze mną różnie bywa, obecnie silę się na powrót do rzeczywistości. Chyba i mnie przydałaby się zmiana branży. – po prostu nie chciałem jej o sobie opowiadać, miałem ochotę słuchać jej głosu. – Ci uchodźcy z którymi prowadzi Pani terapię, to Syryjczycy?
– Między innymi, w ośrodku żyje wiele nacji z całego świata, staramy się ich zasymilować. Nie brakuje trudnych przypadków, ale Ci ludzie są szczęśliwi, że udało im się uciec z ich krajów, najczęściej ogarniętych wojną. – nie dość, że piękna to istota, to na dodatek wyrozumiała i dobra, czyżbym spotkał anioła?
– To musi być wyzwanie, pomoc takim ludziom, musi mieć Pani w sobie niezliczone pokłady empatii. – uśmiechnęła się na to, trafiłem w punkt.
Zamilkliśmy na chwilę, wyciągnęła chusteczkę i wysmarkała się. Cichutko, niemal jakby to co miała w nosie to drobniutkie kwiatki, których struktury nie chciała uszkodzić przy wylocie z nosa.
Kątem oka obserwowałem ją, ale wpatrzony byłem w drogę, jechaliśmy autostradą, czas szybko zleciał i widziałem, że powoli zbliżamy się do lotniska, nie zostało mi go wiele.
– Nie przedstawiłem się, przepraszam. Mateusz. – wstałem i podszedłem do niej żeby podać dłoń.
– Magda, bardzo mi miło. – no tak, wszystkie jesteście Magdy. Ja to mam szczęście.
– Mnie również, będę trzymał kciuki żeby dostała Pani tę nową pracę, Pani Magdo, trzeba się rozwijać, nie ma co, życie ma się tylko jedno. – wiem jak beznadziejny jestem, nic nie musicie mówić.
– Dziękuję, byłabym szczęśliwa.
Dojechaliśmy na lotnisko, nie mówiliśmy nic więcej. Przez szybkę dostrzegłem swojego człowieka, Wojtka, nie przyjechał mnie pożegnać, ale i tak miło było go zobaczyć.
Przepuściłem Magdę, przywitałem się z Wojtkiem.
– Życzę Panu spokojnego lotu. – odwróciła się przechodząc po zebrze.
– Szczęśliwego nowego roku! – i zniknęła po drugiej stronie ulicy, już gdzieś na lotnisku.
Wojtek spojrzał na mnie zdziwiony, a ja sam nie wiedziałem co mam mu powiedzieć.
Porozmawialiśmy chwilę o tym i o tamtym, pożegnaliśmy się do następnego razu i ruszyłem na lotnisko.
Samolot spóźnił się trzy godziny, gdyby nie nowo poznany dżentelmen z Londynu, Tomek z butelką coca-coli o zawartości ognistej, wróciłbym do domu na tarczy.
Widziałem Magdę jeszcze na tej cholernej strefie bezcłowej, poprawiała sobie makijaż przy lusterku z wystawki kosmetyków.
Wyglądałem nie najgorzej, czasem mi się zdarza, szczególnie w podróży. Miałem swój ulubiony krawat w czerwone kwiaty i ulubiony sweter. Podeszła do kasy z butelką wody, ja stałem oczywiście po papierosy i dyskutowałem z Puszystym o bankructwie. Spojrzałem na nią, stała po przeciwnej stronie. Nasze oczy spotkały się i wiecie co, pomyliłem się, były zielone. Zmieszało mnie to do granic, na szczęście uśmiechnęła się, a ja wróciłem do swoich zakupów.
Nigdy więcej nie spotkam tej zielonookiej Magdy z Opola, wiedziałem o tym, ale i tak było mi miło, ciepło na sercu.
Milowy krok dla mojej pewności siebie. W końcu nie jestem taka dupa na jaką wyglądam, rozumiecie?

2 uwagi do wpisu “Chojrak

  1. marktheartist

    Interesujące opowiadanie. Jakaś kontynuacja by się przydała. Momentami jest za dużo w tym wszystkim wątków pobocznych np. o jakimś gościu z ‚Colą ognistą’, Puszysty i bankructwo itd. Ciężko złapać główny temat. Generalnie jednak ok, próbowałeś pisać romanse?

    Polubione przez 1 osoba

    1. Staram się prowadzić stosunkowo luźne sprawozdanie, czasem wpadnie mi do głowy jakiś szczegół, który biorę za istotny. Zapominam, że jest on kompletnie zbędny dla czytelnika – takie instynktowne nieplanowanie. Nigdy nie próbowałem z romansami, myślisz, że bym się nadawał? Bardzo doceniam konstruktywną krytykę, dziękuję i pozdrawiam.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s