O cioci Leonowej

Chciałbym napisać, że nie jestem sentymentalny, lecz byłoby to kłamstwem, a zależy mi żeby być tu szczerym.
Jestem cholernie sentymentalny i mam nie najlepszą pamięć, co stanowi osobliwą parę problemów.
Opowiem Wam historię z mojego dzieciństwa. Będzie o czasach dla mnie tak odległych, że cofając się tam, na wieś, mam wrażenie, że wszystko to o czym spróbuję dziś napisać zostało zaczerpnięte z odmętów mojej wybujałej wyobraźni.
Zostańcie ze mną bo okolice tych wspomnień są czystym pięknem, niemal wyjętych z pejzażu Chełmońskiego. W mojej głowie zachowały się jako najpiękniejszy okres dzieciństwa.

Do Limanowej po raz pierwszy przyjechałem latem 2001 roku. Jechaliśmy wraz z babcią Anną, z Gliwic do Krakowa, pospiesznym pociągiem, a następnie podmiejskim busem, który miał nas zawieźć bezpośrednio na miejsce.
Mój ojciec był już na miejscu, przyjechał wcześniej bo w Limanowej gościć miał znachor, który leczył niekonwencjonalnymi metodami wszelkie dolegliwości ciała.
Mój ojciec cierpiał na nieuzasadnione medycznie migreny, ból głowy potrafił odciąć go od świata na całe dnie, był wtedy najbardziej marudnym człowiekiem na ziemi, zupełnie jak ja.
Ciotki, siostry babci namówiły go żeby spotkał się z tym panem ręce, które leczą i spróbował znaleźć rozwiązanie bólu u niego, więc pojechał.
Dotarłszy do Limanowej przesiadaliśmy się na mikro busa obwożącego tubylców po wszystkich okolicznych wsiach.
Pamiętam, że było gorąco, słońce paliło skórę, szczególnie moją, mlecznobiałą, zawsze cały byłem biały, a promienie słoneczne parzyły mnie jak albinosa.
Wysiadaliśmy koło tartaku, a stamtąd miał odebrać nas mój ojciec.
Beskidy są piękne, małe wioski, gospodarstwa i pola uprawne komponują się z masywem jakby były tak ustawione od początku świata, można się zakochać.
Ojciec czekał koło tartaku, uściskał mnie, zapytał o podróż i uśmiechnął się. Mój ojciec uśmiecha się tak samo jak ja. Wiem to bo kiedy stoję przed lustrem i uśmiecham się do siebie, widzę w nim swojego ojca.
Dom mojego chrzestnego, Jerzego, mieścił się we wsi Rupniów, leżącej w centrum Beskidu Wyspowego.
Rupniów za czasów moich pierwszych odwiedzin nie posiadał jeszcze wygodnej drogi dojazdowej. Od strony tartaku asfalt ciągnął się kilkaset metrów, dalej wiodła żwirowa droga, bardzo niewygodna. Z gościńca, na skrzyżowaniu, zaraz obok kapliczki Matki Boskiej skręcało się w dziką drogę, która prowadziła już bezpośrednio do domu Jurka.
Mój ojciec chrzestny jest budowniczym i w rzeczy samej wygląda jak budowniczy albo jak rodowity kozak. Jest człowiekiem o potężnej budowie ciała jaką zasłużył pracy fizycznej. Dom, w którym mieszkał, zbudował sam. Wierzcie mi, to był bardzo duży dom.

Tam na miejscu zacząłem poznawać członków swojej rodziny, ciocia Marysia miała wtedy blisko osiemdziesięciu lat i była osobą względem której żywiłem największą sympatię. To za sprawą tego, że jako jedyna wyrażała się o mojej matce w pozytywny sposób. Ciocia Marysia była matką Jurka, on zaś miał żonę, Bożenę, miła kobieta i tyle można o niej powiedzieć, rozumiecie?
Jurek i Bożena spłodzili dwójkę synów, starszy był Jacek, terrorysta mechanik, młodszy Wojtek, marzyciel mechanik.
W całym towarzystwie byłem najmłodszy, chyba, że liczymy zwierzęta. Na mój przyjazd wykluły się małe kurczaki, pierwszy raz w życiu widziałem pisklęta.
Były już w stanie biegać i turlać się po trawie, kompletnie oszalałem na ich punkcie.
W mig pojąłem zasady funkcjonujące na wsi, Jacek dowodził i terroryzował mnie na każdym kroku, bałem się go nie na żarty.
Był wysoki, miał kasztanowe włosy obcięte na jeża i brązowe oczy. Tak samo prezentował się Wojtek, z tą różnicą, że Jacek był szczupły, a Wojtek pulchny.
Z Wojtkiem dogadałem się bez problemu, szybko zaczęliśmy wybierać się na piesze wędrówki po wsi, kradliśmy jabłka sąsiadom przy pomocy długiego na trzy metry kija, wracaliśmy po wszystkim do domu z dwiema sklepowymi siatkami pełnymi owoców.
Wspinaliśmy się na jabłonkę i zjadaliśmy dojrzałe, przeogromne papierówki, a potem na śliwę, wsadzaliśmy do ust całe śliwki i pluliśmy pestkami na odległość.
W ich domu panowała rodzinna atmosfera, ciocia Marysia krzątała się w kuchni i przy zwierzętach, piekła kołacze i robiła pyszne obiady.
Ciocia Marysia nie dawała sobie w kaszę dmuchać i była osobą o pięknej duszy, zakochaną w niepokalanej Marii Pannie i jej synu.

Każdego poranka wbiegałem do kurnika i zbierałem ciepłe jajka, które rozcierałem łyżeczką wraz z cukrem w szklance po Nutelli, tak powstawał kogel-mogel, był jeszcze ciepły bo jajka dopiero wypadły z kurzych pupek.
Kto nie jadł takiego rarytasu ten nie posmakował prawdziwego życia, mówię Wam.
Jerzy miał dwa konie, brunatną klacz i czarnego ogiera, należały do koni pociągowych bo nie stać go było jeszcze na ciągnik. Kilka lat później sprzedał je i kupił wymarzony traktor.
Była również krowa. Pierwszy raz w życiu wydoiłem krowę, a od jej mleka, żółtego od tłuszczu dostałem biegunki. Mimo wszystko, było warto.
W stajni hodowano króliki, mnóstwo puchatych królików, wszystkie wyglądały identycznie, więc nie miały imion.
Pamiętam jak poszedłem na spacer z krową, dostałem do ręki łańcuch i miałem przejść z nią po polu soczystej trawy, tak żeby mogła się najeść, zrobić placka i jeszcze raz najeść.
Mućka bardzo ciągnęła, prawie porwała mnie ze sobą, na szczęście była leniwą krową, a już na pewno głodną, więc zatrzymała się szybko i zaczęła przeżuwać trawę.

Muszę przejść do najważniejszej części mojej historii. Otóż, najbliższą sąsiadką była z razu okrzyknięta przeze mnie ciocią, Leonowa.
Ciocia Leonowa zawsze obtaczała swoją głowę szmacianą chustą zawiązaną pod brodą. Na nogach nosiła grube rajstopy i ciepłe bambosze. Okrągłe okulary dodawały jej charyzmatycznego wyglądu, ale z pozoru wyglądała na najprostszą kobietę na świecie.
Musiała być niegdyś piękną kobietą. Skryte pod chustą siwe włosy były długie i mocne. Pomimo jej babcinego wieku zachowała w sobie pełnię kobiecości.
Kochałem ciocię Leonową, całym swoim dziecięcym sercem. Przychodziłem do niej niemal codziennie, siadywaliśmy pod starą, zgarbioną gruszą, która rosła zaraz obok jej domu i rozmawialiśmy o ptakach. Ciocia Leonowa była przyjaciółką ptaków, wszystkie skrzydlate istoty uwielbiały ją i śpiewały dla niej specjalne utwory.
W jej domu panował mrok, a powietrze pachniało rozlaną herbatą, uprzednio posłodzoną, było lepkie. Strużki światła wpadały do salonu przez gęsto uszyte, koronkowe firany.
W kącie stał piec kaflowy, pięknie rzeźbiony w kwiaty i liście bluszczu.
Ciocia Leonowa miała telewizor, oglądaliśmy razem dobranocki, a potem wracałem do domu Jerzego.
Muszę przyznać, że ta kobieta była moją przyjaciółką, pomimo przepaści wiekowej jaka nas dzieliła, rozumiałem ją jakby była w moim życiu od zawsze.
Czuję, że odwzajemniała moje uczucia, bardzo bym tego pragnął.
Pamięć nie pozwala mi na odtworzenie naszych rozmów, wierzcie, że były proste, o wszystkim o czym dziecko może rozmawiać z babcią.
Kiedy przestałem jeździć na wieś, jedyną osobą, do której wracałem myślami w tamte strony, była właśnie ona. Może jeszcze ciocia Marysia, o niej również myślę.
Ciocia Leonowa zmarła kilka lat temu.
Mam z tamtych czasów jedno zdjęcie, na którym jesteśmy razem, jest jeszcze Wojtek.

258978_174529765936439_7072391_o

Chciałbym jeszcze kiedyś wrócić w tamte strony. Już nie do cioci Leonowej, nie do cioci Marysi. Do tych gór, do wspomnień, które ożyłyby na pewno już za pierwszym zakrętem.
Wrócę kiedyś i opowiem Wam jak było.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s