Zmarznięte marzenia

Nie ma szans żebym zachował tu jakąś chronologię wydarzeń, ale wydaje mi się, że to najmniej istotne.
Coraz częściej zaczynam zastanawiać się jak to jest z tymi marzeniami, czy one na pewno motywują, czy aby nie przerastają mnie czasami.
Na długo zapomniałem o istnieniu takiego instytutu jak marzenia, zastąpiły je cele i wszystko na pozór działało jak należy, ale oczywiście tylko na pozór.
Różnica pomiędzy celem, a marzeniem jest taka, że dla celu robimy rzeczy, a dla marzeń chce nam się wstawać rano z łóżka, są po prostu niezastąpione i trzeba o tym pamiętać.
Nie chodzi mi jednak o to żeby Was pouczać, chcę przedstawić swoje podejście i spojrzenie, bo tylko tak da się zrozumieć drugiego człowieka.
Marzyło mi się kiedyś zrozumienie, wiecie, takie podarowane od drugiego człowieka, kompletne, z pełnią akceptacji.
Z czasem zacząłem dostrzegać, że pragnę tego tak bardzo tylko dlatego, że z dnia na dzień komplikuję siebie coraz bardziej, czyniąc marzenie nieosiągalnym, bo zawsze uciekające przed papką mózgową.
Kiedy to do mnie doszło, życie stało się nieco łatwiejsze, ale pewnych nawyków nie da się wyeliminować, szczególnie kiedy nie posiada się pełnej świadomości ich istnienia oraz tego jak wpływają na nasze życie.
W duszy jestem starym dziadem, ale wciąż mam dziecięce marzenia, opowiem Wam trochę o nich, może skojarzą Wam się z czymś dobrym.
Pierwszym takim marzeniem jest posiadanie łódki, broń Boże wypasionego jachtu z trzydziestoma sypialniami, basenem i salą bankietową.
Chciałbym łódkę przypominającą kuter rybacki, ale przytulniejszą, z niewielką kajutą na dole żebym mógł tam trzymać koce i skrzynkę whisky, tej wyspowej, jaką lubię najbardziej.
Łódkę nazwałbym Malena, nie mówcie nikomu, ale kocham się w niej jak każdy.
Z taką łódką wypłynąłbym w morze i zgrywał dobrego pirata, może odkryłbym jakąś bezludną wyspę i spotkał żyjącego tam jeszcze pana Crusoe, a może po prostu włóczyłbym się tak po bezkresach toni morskiej i czytał książki na kadłubie, w słoneczku nasłuchując krzyku mew.
Chodzi o to, żeby moja Malena zabrała mnie gdzieś daleko, gdzie nie ma żadnych drogowskazów, nie ma Facebooka ani wygodnego łóżka, tylko woda wokół, koce na podłodze i whisky w skrzynce.
Drugim w kolejności marzeniem jest wspiąć się na szwajcarski Matterhorn, piękna góra, majestatyczna, według mnie ten alpejski ząb jest najpiękniejszym zębem na świecie.
Wspinać się nań w pełnej ekspozycji z pełnymi gaciami, kiedy adrenalina wylewa się uszami, to coś czego naprawdę pragnę.
Jeżeli zdobyłbym szczyt, to tam na górze, raz w życiu byłbym twardzielem, nie do pokonania.
Bardzo chciałbym pójść na studia, wiecie, wiele mnie w życiu ominęło w związku z tym, że zarwałem naukę, mam do siebie o to żal i od dawna przeklinam się za głupotę.
Nigdy nie byłem pilnym uczniem, ale na początku jeszcze próbowałem i czasami nawet mi wychodziło, jeżeli tylko naprawdę się zainteresowałem byłem w tym całkiem dobry.
Chyba poszedłbym na leśnictwo, żeby poznać lasy i przyrodę, od podstaw i może kiedyś zamieszkać w lesie jako jego opiekun, takim położonym niedaleko społeczeństwa, żeby nie zdziczeć, bo mam do tego spore predyspozycje.
Marzy mi się żeby napisać książkę, pełną zwrotów akcji, zaskakujących przemyśleń, niepowtarzalną historię o czymś o czym jeszcze nie mam pojęcia, ale staram się dowiedzieć.
Piszę Wam tu te wszystkie bzdety, ale sprawia mi to znakomitą frajdę, dawno nie bawiłem się tak dobrze.
Więc może kiedyś przysiądę do tej historii i ją dla Was napiszę żeby spełnić marzenie i żeby zaskoczyć przede wszystkim samego siebie.
Wyobrażam sobie również swój własny ogród, taki w którym rosną poziomki, czereśnie i pnie się fasola, a ja mogę je plewić, przekopywać i dbać o to wszystko.
Rosłyby tam zioła wszelkiej maści od rozmarynu po szałwię i tymianek. Pod oknem małego domku zasiałbym lawendę, tak żeby wypełniała chałupkę zapachem w trakcie letnich, leniwych wieczorów.
Spędzić noc na plaży pod gołym niebem wypchanym gwiazdami, liczyć je aż do świtu, a potem wskoczyć do wody, zmęczyć się, wyjść, wytarzać w piasku i śmiać z własnej głupoty.
Coś mi się zdaje, że nie napisałem o niczym materialnym, otóż są też takie rzeczy, ale to raczej nie marzenia, chyba, że mówimy o piórze Mont Blanc, o tak, takie piękne czarne, o złotej, pysznej stalówce, marzy mi się bardzo.
Tak na koniec chciałbym w coś uwierzyć, głęboko, móc włożyć w tę wiarę całego ducha, kiedy ludzie w coś wierzą, jest im łatwiej przeżywać, dziękować i mocniej kochają.
Zapomniałbym na śmierć, jak to ja, marzę o tym żeby się zakochać raz jeszcze, oczywiście, że tak, wiecie, tak na zabój żebym był gotów uciec na drugi koniec świata z brezentowym workiem i swoim zakochaniem pod rękę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s