Ludzie lasu

Tam gdzie przeżyłem większość wiosen życia miałem wiele wspólnego z naturą, niedaleko domu żyje bowiem rozległy park.
Piękne miejsce w którym drzewa rosną już od dziesiątek lat, z jednej strony bardzo uporządkowane na pokaz dla turystów, z drugiej w sercu parku wszystko istnieje samo z siebie.
Spędziłem tam o wiele więcej czasu niż nad książkami, myślę, że to miejsce mnie ukształtowało. Drzewa mają słuch i wiele razy słyszały mój śmiech i płacz, moje żale i namiętności, tak wiele życia może wydarzyć się na łonie natury.
Ludzie powinni żyć wśród ptaków i drzew, to dobrze na nich działa, stają się łagodniejsi i bardziej poukładani, tam w ogóle nie trzeba się spieszyć, wszystko płynie własnym rytmem i ma sens, otóż to, w istocie rzeczy przyroda ma o wiele większy sens niż my i nasze kamienne płyty, pomniki i w ogóle wszystko co człowiek wymyślił żeby się puszyć.
Nie neguję człowieka i jego pomysłów, po prostu wszystko powinno mieć swoje miejsce na świecie, w szczególności przyroda.

Wiecie, po prostu bardzo tęsknię za tym co tam zostawiłem, zawsze kiedy było ciężko miałem ten cały park zaraz obok, nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, nie da się go zastąpić bo te ścieżki, zaułki, pagórki, one mnie znają, a ja znam je i świetnie nam było ze sobą, a za takimi rzeczami się tęskni.
Głupio mi tym bardziej, że wracając do kraju wcale nie potrafię się tam wybrać, wiecie samemu pospacerować starymi szlakami.
Tam na miejscu, szukam ludzi, a oni jakoś strasznie ciągną do tych kamieni i szumu, więcej w tym zabawy, ciągle czuję, że nie potrafię się bawić, nie potrafię tańczyć, to akurat mnie boli.
W zamian za to potrafię słuchać i lubię to, w szczególności śpiewu ptaków, ich krzyku, nie wyobrażacie sobie, że te wszystkie angielskie rudziki zaczynają swoje symfonie na wiele godzin przed świtem, a przecież jest zima.
Czuję się jakbym podsłuchiwał ich rodzinnych kłótni, ale nie ma w tym niczego złego bo one się kłócą tak naturalnie, bez wyrzutu, tylko żeby pokazać, że są, że istnieją.
Niewiele rzeczy cieszy mnie jak te ich kłótnie przed świtem, tutaj.
Próbowałem nauczyć się rozmowy z ptakami, do tej pory najlepiej radzę sobie z dzięciołami, chociaż one strasznie się boją i szybko rezygnują z pogadanki, zresztą niewiele ich tutaj. W lesie, pod wysokimi, ciemnymi bukami można spotkać dzięcioły.
Zastanawiam się teraz kiedy ostatni raz, idąc wzdłuż miękkiej, młodej trawy chciałem się do niej przytulić, znacie to uczucie, kiedy dosłownie chcielibyście objąć cały ten skwerek bo jest tak miękki i soczysty, naturalne, żywe prześcieradło.

Kiedyś byłem z babcią na spacerze w parku, zawsze po szkole chodziła ze mną na długie spacery, to najlepsza kobieta na świecie.
Na tamtym spacerze pogryzły mnie mrówki, te najbardziej zdradzieckie, pomarańczowe, po prostu wpakowałem rękę w mrowisko bo podobało mi się jak otwierają swoje malutkie szczęki siedząc na człowieczej, bladej skórze.
Setki małych, pomarańczowych pracusiów zrobiło mi z ręki czerwonego balona i musieliśmy jechać na pogotowie po zastrzyk z surowicą czy innym tego typu cholerstwem, do dziś pamiętam ten ból i jeszcze w szpitalu mrówki wychodziły mi z rękawa, a babcia zbierała je na chusteczkę i wyrzucała przez okno.
Byłem wtedy Mateuszkiem, mój ojciec nie lubił kiedy tak siebie nazywałem, miałem być dumnym, pewnym siebie Mateuszem, a ja po prostu chciałem być jak z tych małych, kwadratowych opowiadań dla dzieci pod tytułem „Jestem super Mateuszek”.
Ręka goiła się miesiąc, a ja miałem w głowie zdjęcia tych setek otwierających się i zatrzaskujących na mojej skórze mrówczych żuwaczek, niesamowite stworzenia.

Opowiem Wam jeszcze o Parku Róż, który mieścił się w moim parku, był ogrodzony metalowym, podłużnym płotem w którym notorycznie grzęzła moja głowa, dzieci robią głupie rzeczy, najlepsze.
Płot pomalowany na błękitno, sięgający głowy dorosłego człowieka był dla mnie murem do świata baśni. W parku róż były kamienne sadzawki, pięknie odbijały światło zachodzącego słońca, uwierzcie mi, robiły to niezawodnie, wprost do złapania w pudełko aparatu. Wszędzie wokół rosły róże w swoich dormitoriach, zupełnie otwartych dla świata, śliczne róże, każda inna, a ich jedyną obroną ćwieki wokół łodyg, zwieńczone koronami czerwieni, herbaty, bieli, crème’u brulée, różu, syropu klonowego wszystkie w kolorach szminek.
Park Róż miał wiele skrytek, takich jak stara płacząca wierzba, która była dla mnie gruszką bo jej opadłe, obwieszone liśćmi gałęzie tworzyły kształt prawie idealnej gruszki. Było to miejsce idealne dla każdego, naprawdę, ludzie uwielbiają Park Róż w naszym parku, ciężko się nie zakochać, szczególnie latem kiedy róże są już dojrzałe i uśmiechają się do każdego; patrz i podziwiaj, nie dotykaj.
Przyjadę w marcu, wiem, że wiosna będzie wtedy dawać swoje pierwsze znaki, zakocham się na nowo, opowiem jakąś historię w ramach przeprosin za ten czas kiedy mnie nie było.
Kiedy się tęskni trzeba wyjść na zewnątrz i oddychać głęboko, powoli, a potem słuchać wiatru, a kiedy go nie ma po prostu patrzyć w niebo i tęsknić dalej, z uśmiechem na mordzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s